Wchodzenie do sklepu z puszką piwa w ręku to zły pomysł.

Wchodzenie do sklepu z puszką piwa w ręku to zły pomysł.

Dziś Światowy Dzień Wody, ale niektórym najwyraźniej coś się pomyliło i przez przymrużone z niewyspania oczy dojrzeli jeszcze kreskę nad ostatnim „o” w nazwie święta. Rano odwiedził mnie kurier, który chyba wracał prosto z nocnej zmiany w gorzelni, a zaraz po nim jegomość z puszką piwa. Przyjechał rowerem. Trochę mnie zatkało na widok tego, jak bezczelnie i bezproblemowo paraduje sobie z piwem w łapie. Może dlatego, że nie wyglądał jakby to było jego pierwsze tego dnia, tylko piąte. Dziś o tym, dlaczego chodzenie na zakupy, będąc przyssanym do puszki niczym niemowlak do cycka, nie jest najlepszym pomysłem.

.

(…) do praczki, kupować pocztowe znaczki.

Zaparkował swój jednoślad na zewnątrz, pogrzebał w zawieszonym na kierownicy koszyczku i otworzył drzwi. Zrobił krok w przód, drugi w tył, kolejny jednak w przód, zatrzymał się na chwilę, po czym jednak wszedł do sklepu. Kosztowało go to trochę wysiłku, bo dopiero jak pociągnął łyka z puszki, odetchnął i się przywitał.

.

– Zieńdobry, szy ma pani części roerowe?

– Dzień dobry. Nie, niestety nie mam.

– A. A torepki roerowe? <sioooorb>

– Nie mamy tutaj żadnych akcesoriów rowerowych, proszę pana

– A, rosumiem. A źwiatełka?

– Tylko latarki.

– ROEROWE?! <radość>

– Nie, zwykłe.

– A. Szyli nie ma pani nic dla roeszystów?

– Przykro mi. W czymś jeszcze mogę pomóc?

– Ji nawet sapięsia nie bęsie pani miała?

– Niestety. To nie jest sklep rowerowy.

– To szo pani tutaj ma?

– Proszę pana, apteczki, akcesoria camingowe, kompasy, noże…

– Nosze! Ja chciałbym sobaszyć te nosze! <siooorb>

(…)

.

Wystraszony sprzedawca.

Zawiany facet chce oglądać noże, cudownie. Wygrzebawszy z szuflady pilocik do wzywania ochrony zaczęłam tłumaczyć mu, że to nie jest najlepszy pomysł. W głowie miałam już wizję, jak samowolnie otwiera gablotkę i macha mi przed oczami 30-centymetrową kosą, odcinając mi nos, a sobie cztery palce, nie przerywając siorbania. Jak spada mu na posadzkę kolekcjonerskie cacko za pół tysiąca, którego ostrze pęka na pół, a później oczami wyobraźni widzę odpowiednio pomniejszoną wypłatę. Jak bierze pierwszy lepszy egzemplarz i próbuje z nim uciec, bo a nuż uda się przehandlować na więcej puszek. Gdy zaczęłam zastanawiać się, czy deklarowany przez firmę ochroniarską czas przyjazdu ma jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość, pacjent niespodziewanie stracił ochotę na zapoznawanie się z ofertą sklepu. Upewnił się jeszcze, szy na pewno nie mam pochrofców na siotełko i wyszedł. Pewnie pojechał do pasmateri pytać o mielone z indyka. Dawno się tak nie wystraszyłam.

,

Niesmak pozostał.

Wsiadł na swojego sfatygowanego składaka i odjechał. Gdy upewniłam się, że na dobre zniknął między blokami, zabrałam się za wietrzenie, bo aromat piwa za 1,99 zł unosił się po całym sklepie z intensywnością, o której twórcy markowych perfum mogą tylko pomarzyć. Kiedy ścierałam z podłogi resztki, które wyciekły w trakcie siorbania, pojawił się nowy klient i nie omieszkał rzucić mi przepełnionego niechęcią spojrzenia. Wyszłam na 25-latkę z problemem alkoholowym, dla której dzień bez browara przed południem jest stracony. Świetnie. Zniesmaczyła mnie cała ta sytuacja i przez pół dnia zastanawiałam się, dlaczego nie ma tygodnia, bym nie trafiła na jakiegoś dziwaka. Z tym już się chyba trzeba urodzić.

.

Zdjęcie:

The Hamster Factor/ flickr.com