Podróże gorszego sortu.

W czasach, gdy podróżowanie na własną rękę zyskuje coraz większą popularność, mimowolnie rośnie także niesmak na myśl o wycieczkach zorganizowanych. Pojawia się coraz więcej osób, które nie chcąc podążać za modą na cztery gwiazdki z basenem, nomen-omen, ślepo idą za nowym trendem – kupują tani lot i zarzucają plecak na plecy. Czują się super, bo wszystko ogarnęli sami, i w myślach równają z ziemią każdego, kto urlopuje się wygodniej lub bogaciej.

Obieżyświaci najlepszego gatunku, crème de la crème podróżniczego światka pysznią się, jak to oni poza utartym szlakiem wędrują, że jak nikt nigdy wcześniej poznają prawdziwe obyczaje prawdziwych tubylców, że tylko to się liczy, bo to prawda najprawdziwsza, a najlepiej, gdy jeszcze goła, brudna i  biedna. A ja powiem, że gówno prawda! Nie rozumiem, jak osoba uważająca się za otwartą na świat, chętna chłonąć te wszystkie inne kultury może uważać, że prawdziwe życie dzieje się wyłącznie poza turystyką. W okienku informacji siedzi człowiek, a nie robot. Siedzi człowiek, który wychował się w kulturze, z której wypranie mu zarzucasz, który nią żyje i sam w sobie nią jest. To, w jaki sposób cię wita, co mówi podając ci bilet do muzeum, jaki gest wykonuje żegnając się z tobą jest uwarunkowane przez kulturę, w której żyje i jest jej przejawem. Tak samo, jak zachowania kelnerek, przewodników, kierowców, ludzi na ulicy w centrum miasta, boya hotelowego, taksówkarza i wszystkich innych. Owszem, ta kultura nie zawsze nam odpowiada. Nie podoba się nam, gdy taryfiarz podaje wyższą stawkę, jak widzi walizkę z lotniskową naklejką, ani jak sprzedawca lodów liczy nam euro więcej tylko dlatego, że kipi z nas przyjezdność. Nie podoba się też to, że nie wszystkie hinduskie dzieci chodzą w łachmanach, ani że w mieszkańcy Korei Północnej również mają w zwyczaju śmiać się ze znajomymi w knajpie, przy piwie. Argumentując, że jeździsz wyłącznie po zadupiach, sypiasz w namiocie i jesz najtańszy szajs, bo jedziesz poznać prawdziwe życie można o kant dupy rozbić. Prawdziwe życie tak nie wygląda. Normalni ludzie, ci tubylcy, których tak chcesz poznać, spacerują wśród atrakcji, którymi gardzisz, piją piwo w knajpach, które omijasz, pływają promem, na który nie chcesz wydać kilku euro, myją się codziennie i to w ciepłej wodzie, a w dodatku, uwaga! czasem nawet mieszkają w centrum miasta z widokiem na jakąś stalową wieżę czy bardzo znany zamek.

Zauważyłam, że wśród backpackerów szczególnie często przejawia się poczucie wyższości nad każdym innym, kto uprawia podróżowanie. Tylko oni podróżują dobrze i prawdziwie. Oni organizują wszystko sami, oni potrafią podróżować tanio, radzić sobie w kryzysie, nie wadzi im spanie pod namiotem, obejdą się bez przewodników, nie odwiedzają typowych atrakcji, czym chyba szczycą się najbardziej, oni czasu nie liczą, bo to przecież najlepszy wyznacznik szczęścia. I broń borze zielony, żeby wyrwało ci się przy takim, że masz wycieczkę z biurem podróży, albo że zakwaterowałeś się w porządnym hotelu. Albo, o zgrozo!, wykupiłeś to piekielnie all inclusive. Z miejsca stajesz się Januszem, nie potrafisz cieszyć się życiem, bez potrzeby szastasz kasą. Żyjemy w czasach, gdzie podlegamy ciągłej ocenie ze strony innych i nie ciężko się o tym przekonać. Zwiedzanie muzeów – nuda dla lamusów, spanie w hotelu – niepotrzebne burżujstwo, kupowanie wycieczek – januszostwo i nieporadność, spacer po starym mieście – ślepe podążanie za tłumem. Mogłabym tak jeszcze długo. I nie ważne, że może po prostu lubisz muzea. Może wyrosłeś ze spania w namiocie skitranym w krzakach w centrum miasta, może zwyczajnie stać cię na dobry obiad w dobrej knajpie, a na zorganizowanym wyjeździe czujesz się pewnie i bezpiecznie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto cię skrytykuje i uzna, że jego sposób podróżowania jest pełniejszy, bardziej prawdziwy, bo miał pluskwy w hostelu.

Nie podoba mi się, gdy ktoś bezmyślnie ocenia to, w jaki sposób podróżują inni, podczas gdy sami w rzeczywistości tylko wycierają sobie gęby wyświechtanymi już od dawna sloganami prawdziwych podróżników. Dajmy sobie żyć – każdemu tak, jak mu się podoba.

.

Piernikowa wycieczka, czyli co i gdzie w Toruniu.

Standardowe relacje z podróży są nudne, poza tym to nie mój słodki pamiętniczek, żeby opisywać każdy dzień w szczegółowych podpunktach. Nie będę też polecać muzeów, zabytków ani innych turystycznych atrakcji, bo to znajdziecie na pierwszej lepszej stronie z gatunku co warto zwiedzić w... Jako gorąca zwolenniczka wiedzy użytecznej podaję wam na tacy to, za czym sama musiałam grzebać w sieci, albo dowiadywałam się będąc już na miejscu. Nie pamiętam nazw wszystkich ulic, na których znajdują się wspomniane miejsca, ale toruńskie Stare Miasto jest nieduże, więc jestem pewna, że namierzycie wszystko bez problemu.

.

Omnomnom.

Pod względem spożywczym ten wypad był dla mnie 10/10. Dwa razy jedliśmy obiad w naleśnikarni Manekin, gdzie oniemiałam na widok ilości dań w menu. Naleśniki wszelkiej maści, ze wszystkimi możliwymi farszami. Na słodko, na słono, wegańskie i z mięsem, smażone, zapiekane, kukurydziane, ziemniaczane, z różnymi sosami do wyboru. Deserowe ważą ok. 200g, obiadowe zaś 400-500g, więc jeden na dwie nie-umierające-z-głodu osoby spokojnie wystarczy.  Ceny mniej-więcej 9,00-17,00 zł, zupy taniej (kukurydziana z chorizo jest wyborna), piwo od piątaka. Piccolo to lokal otwarty na początku lat ’90, który na stałe wpisał się w kulturę Torunia. Na początku trochę śmieszkowaliśmy, bo pizzeria oferuje tylko pizzę z pieczarkami, barszcz, kawę, herbatę, sosy i pudełko, więc wybraliśmy się tam bardziej z ciekawości niż z głodu. Na miejscu okazało się, że za ok. 7,00 zł dostajemy puchatą, typowo domową pizzę ze wspomnianymi pieczarkami, serem i chochelką wybornego sosu – raczej robiony, niż kupowany. Placek jest sycący, a samo drożdżowe ciasto niezwykle smaczne. Na deser zaś warto wybrać się do okienka z ciepłymi pączkami. Nie pamiętam nazwy lokalu, ale było to coś w stylu tradycyjne/ domowe/gorące czy jakieś inne pączki. Do wyboru jest kilka smaków, podawane są gorące, prosto do łapy. Kolejka zwykle długa, ale leci szybko, więc stańcie w niej koniecznie – nie pożałujecie! Po jedzeniu i chodzeniu warto udać się na w pełni zasłużony odpoczynek do browaru Jan Olbracht. Serwują tam wyśmienite piwo, którego smaku nie mogę zapomnieć i bardzo żałuję, że nie zdecydowałam się zrobić małych zakupów na pamiątkę. W ofercie dostępne są cztery rodzaje, z czego my próbowaliśmy dwóch. Piernikowe jest ciemne, ma korzenny aromat i słodko-gorzki smak. Toruńska Śmietanka to piwo pszeniczne górnej fermentacji, które dzięki odpowiedniej mieszance przypraw rzeczywiście pozostawia w ustach delikatny, śmietankowy posmak. Trzecie piwo to lager, a czwarte jest niespodzianką – co miesiąc warzą inne, więc trzeba dopytać obsługę – my trafiliśmy na czekoladowe. Cena kufla 0,5l to w zależności od gatunku 9,00-12,00 zł. Można zamówić również zestaw degustacyjny wszystkich czterech w malutkich kufelkach po 125 ml.

.

Spanie.

Szukaliśmy noclegu jakieś 2 tygodnie przed wyjazdem i nie było miejsc w żadnym hostelu, a przecież marzec to chyba najbardziej niesezonowy miesiąc. Jeśli więc zależy wam na niedrogim zakwaterowaniu, zainteresujcie się tym odpowiednio wcześniej. Nam udało się zabukować czteroosobowy pokój w Domu Pielgrzyma, który okazał się super miejscówką. 4-osobowy pokój kosztował nas 35 ,00 zł/ os., dwójki i trójki są droższe, ale mają w cenie solidne śniadanie. Dom jest świeżo po remoncie, więc standard jest naprawdę nie najgorszy. Nowe, ładne meble, odmalowane ściany, wypasiona łazienka, a wszystko w stonowanych, pasujących do siebie barwach. Dodatkowo kawa, herbata, cukier gratis, dostępny jest czajnik w małym aneksie kuchennym na sali ze stołami. Dom dysponuje także kuchnią, która serwuje regularne posiłki. Przystanek autobusowy jest zaraz obok, a na Stare Miasto jedzie się krócej niż 10 minut. Wybierając ten środek transportu polecam upewnić się, czy nasz kurs nie wypada bezpośrednio po mszy w pobliskim kościele, bo istnieje ryzyko, że będziecie musieli czekać na kolejną karocę.

.

Rozmaitości.

  • Niedaleko ratusza znajduje się bar mleczny Miś, gdzie możecie zrobić sobie zdjęcie z łyżką na łańcuchu i talerzem przykręconym do stołu. Na przykład takie, tylko nie kalkulatorem:

..941335_4791547390495_934548421_n

  • Nieprzydatna ciekawostka: Toruń jest miastem drogerii. Rossmany, Natury, Heby i inne Jasminy są tutaj co krok.
  • Toruń ma dwa rynki – Staro- i Nowomiejski, więc miejcie to na uwadze umawiając się na rynku. Na szczęście Stare Miasto jest niewielkie, więc przejście z jednego na drugi zajmie 2 minuty.
  • Najlepszy sklep z piernikami to Pierniczek przy ul. Żeglarskiej. W przeciwieństwie do np. Kopernika, można tam kupić ciacha kilku różnych firm oraz wiele rodzajów pierników na wagę, a także komponowane dla klienta zestawy upominkowe. Ceny mają chyba najniższe.
  • Jeśli jedziecie pociągiem, który zatrzymuje się zarówno na stacji Toruń Główny jak i Toruń Miasto, to wysiądźcie na tej drugiej, jeśli chcecie mieć blisko na Stare Miasto. Byłam zaskoczona, że Dworzec Główny znajduje się po drugiej stronie rzeki, z dala od zabytkowego centrum.
  • Entuzjaści muzeów na pewno ucieszą się z podwójnego biletu. Dostępne są trzy różne kombinacje, gdzie w promocyjnej cenie można kupić pakiet biletów do jednego dużego i jednego małego oddziału.
  • Komunikacja miejska rozbawiła mnie biletem weekendowym. Kosztuje on 20,00 zł i w tej cenie obowiązuje dla 1 lub 2 osób, zatem opłaca się wziąć kogoś do pary.
  • W centrum Starego Miasta stoi replika osiołka, którym w dawnych czasach karano za przewinienia. Wzdłuż kręgosłupa brązowego (dawniej drewnianego) zwierza przymocowano ostro zakończony kawałek blachy, który wrzynał się w tyłek posadzonego na nim delikwenta. Kilka razy widziałam, jak bezmyślni rodzicie sadzają na nim dzieci – nie idźcie tą drogą.

577650_4791547950509_935887545_n

  • Toruń podobno jest najmniej zakomarzonym miastem w Polsce, a to za sprawą ogromniej ilości żyjących na jego terenie nietoperzy.
  • W mieście są dwa muzea piernika, więc upewnijcie się, gdzie zarezerwowaliście bilet. W jednym jest bogatsza wystawa, w drugim zaś fajniejsze warsztaty, więc najlepiej odwiedzić obydwa.
  • Spacerując brukowanymi ulicami podnieście głowę i przyjrzyjcie się oknom, dachom, murom. Na wielu budynkach umieszczone są rysunki, witraże czy figurki, których szukanie może być całkiem fajną zabawą. Wart uwagi jest także teatr w kształcie… komody.

.

421996_4791547990510_317962728_n

.941146_4791553150639_1662414134_n

 

  • Pomnik Kopernika na głównym rynku nie został, wbrew pozorom, postawiony by upamiętnić naukowy dorobek astronoma. Ten wielki uczony założył pierwszy w Toruniu wodociąg i właśnie za to, a nie za ruszenie Ziemi, został uhonorowany posągiem.
  • Z racji wielu dobrze zachowanych zabytków, z którymi czas i wojenna zawierucha obeszły się bardzo łaskawie, Toruń nazywany jest Krakowem Północy. Dodając do tego brak smogu i niezalaną chińskimi pamiątkami ogólną uroczość miasta, zaryzykuję stwierdzeniem, że jest nawet Lepszym Krakowem.

.

To wszystko, co przychodzi mi na myśl w kwestii praktycznych porad odnośnie Torunia. To jedno z moich ulubionych miast i jedyne, czego żałuję po ostatnich odwiedzinach, to że nie przywiozłam sobie lokalnego piwa i kupiłam za mało pierników. Następnym razem będę mądrzejsza.

.

.

Zdjęcie główne:

Własnoręcznie zrobiony ugnieciuch. Yyyy… To znaczy – pierniczek!

Reszta zdjęć:

Również ojejkowe.

Podróżnicza randka w ciemno.

Wiadomo, że obyty w świecie podróżnik, to łakomy kąsek. Radzi sobie w podróży, to poradzi sobie też w życiu, żarówkę wymieni jak trzeba i karpia wypatroszy na Wigilię. Z facetem jednak, jak z… hm… no, jak ze wszystkim – w sensie, są różni. Zatem poniżej przedstawiam 6 znanych nauce gatunków mężczyzny podróżującego, do wyboru. Którego zabrałabyś w podróż życia? 🙂

.

Kandydat nr 1:

Survivalowiec

Nie rusza się z domu bez noża i krzesiwa, a jego ulubiony strój to sfatygowane bojówki po wujku-żołnierzu i koszula moro. Nie dla niego hostele, muzea i spacery po starówce, nie interesuje go też lokalne przysmaki ani wysyłanie pocztówek do znajomych. Każdego, kto kąpie się częściej niż raz w tygodniu, ma za miękką bułę i nie mieści mu się w głowie, że niektórzy ludzie na wakacjach korzystają z energii elektrycznej. Podróżników z tabletami uważa za heretyków, bo przecież jak to tak, z tą technologią jeździć, skoro PRAWDZIWY odpoczynek WYMAGA odcięcia się od wszelkich cywilizacyjnych zdobyczy. Najlepszy wyjazd to taki, podczas którego zdany jest sam na siebie, czym może udowodnić swoją samczą samowystarczalność. Żywi się wtedy jedynie mięsem tymi-ręcami-upolowanych wiewiórek i sypia w koniecznie przemakającym szałasie, bo suchość i ciepło są dla mięczaków. Na co dzień marzy o piciu przefiltrowanych sików i noszeniu wilczej skóry, ale szef nie za bardzo pozwala. Nie wyjeżdża na urlop. Wyjeżdża, by przetrwać!

Wymarzona partnerka: Połączenie Xeny z MacGyverem. Dziewczyna, która upiecze szczura nad ogniskiem, opatrzy ranę leśnymi ziołami i wyszoruje patelnię piaskiem. Taka, która nie boi się zombi, wilków ani pająków i lubi szybkie numerki na zasypanej szyszkami turni.

Lubi: noclegi w szałasie, zapasy z niedźwiedziem, patyki i umiarkowanie lepkie błotko

Nie lubi: wymuskanych ślicznotek, pachnących ubrań i jedzenia z talerza

.

Kandydat nr 2:

Budżetowiec

Ciekawy świata student. Najdalsza podróż, na jaką pozwala mu stypendium, jest wyjazd nad pobliski zalew, ale on nie chce spędzić wakacji sącząc piwo z kumplami. Tzn. chce, ale nie nad zalewem. Mieszkanie w akademiku przyzwyczaiło go do dramatycznych warunków bytowych, więc jazda autostopem i współdzielenie namiotu nie stanowią dla niego problemu. I nic to, że zatrzymują głównie zdezelowane wraki bez klimatyzacji, a w namiocie śpi z piątką chrapiących kumpli – to i tak luksus, którego na co dzień nie doświadcza. Podobnie do survivalowca, marnie jada i marnie sypia, lecz częściej z przymusu, niż z wyboru. W podróży żywi się głównie pasztetem (czasami z dodatkiem chleba) albo smakołykami wygrzebanymi z kontenerów za supermarketem. Gdy kończy mu się zapas czystych majtek korzysta z pralki na couchsurfingu, albo robi pranie w umywalce na stacji, a mokre gacie przyczepia do plecaka, zaraz obok polskiej flagi. I tak ma już tam przytroczoną karimatę, buty, stalowy kubeczek i wygniecioną butelkę kranówy, więc nikt nie zauważy. Kocha świat i ludzi, ale nienawidzi komercji, więc w będąc w Hiszpanii odpuści sobie paellę, lecz w ramach poznawania lokalnej kuchni z chęcią wypije wino za 1,5 €. Kocha tę wolność, którą daje mu budżetowa włóczęga, ale cicho marzy o ciepłym prysznicu i kawie na wynos.

Wymarzona partnerka: Studentka bez uzależnienia od tipsów i lokówki, która potrafi cieszyć się z małych rzeczy i ma tak samo mało kasy jak on.

Lubi: stacje benzynowe z bezpłatną toaletą, freeganizm i alkohol

Nie lubi: płacić

.

Kandydat nr 3:

Janusz

Gdy dostaje informację, że biuro podróży w końcu otrzymało jego przekaz pocztowy za tygodniowe all inclusive w Złotych Piaskach, czuje się jak pan świata. Ma małe opory, żeby lecieć samolotem, więc w czasie boardingu rzuca kilkoma dowcipami o terrorystach dla rozluźnienia atmosfery. Niestety, jego wyobrażenie o wakacjach życia rozpada się niczym domek z podkładek pod piwo, gdy na miejscu okazuje się, że nikt z obsługi nie mówi po polsku. Dlaczego?! Jak to?! I jak on ma niby z nimi teraz rozmawiać?! Mówi powoli, lecz to też nie pomaga. BU-FET! GDZIE-JEST-BUUU-FEEET?! Składa reklamację i żąda rabatu. Dni spędza na basenie lub w pokoju, bo co będzie wychodził, jak zapłacone. Poza tym słońce za bardzo grzeje, a piasek jest zbyt drobny, przez co ciężko wytrzepać go ze skarpet. Składa reklamację i żąda rabatu. Podoba mu za to darmowe wyżywienie, więc zawsze udaje mu się coś przemycić ze szwedzkiego stołu i wszamać później na leżaku. No bo jak to, że raz dają za darmo, ale potem jak chcesz bułkę, to trzeba do sklepu zadymiać? Nie, nie, on nie głupi i się nie da wyfrajerzyć! Śniadania smakują, ale obiady mogłyby być lepsze, bo kto to widział jakieś krewetki gościom zza granicy dawać. On nie będzie jadł robaków, jak dzikus jakiś i już woli dać te 3 za kebaba. Poza tym złoży reklamację i zażąda rabatu. Na pamiątkę przywozi ręczniki i mydełka buchnięte z hotelu, bo mu się należy za to, jak kazali mu zapłacić za redbulle z minibarku, naciągacze jedne. Jest zaradny i gospodarny.

Wymarzona partnerka: Grażyna lub Halina z małej miejscowości, co to potrafi kotleta uklepać, męża się będzie słuchać i dzieciom pieluchy przebierać.

Lubi: darmowe drinki, hotelowe mydełka i oblizywanie piwnej pianki ze swego dostojnego wąsa

Nie lubi: wszystkich, którzy chcą go naciągnąć, czyli wszystkich

.

Kandydat nr 4:

Backpacker

Rzucił posadę w korpo, sprzedał mieszkanie, a za oszczędności życia wyruszył w świat. Potrafi dogadać się w trzech językach i zna na pamięć rozkłady wszystkich tanich linii lotniczych. Zainwestował w ultralekkiego laptopa, megawygodny plecak, hiperwydajny filtr do wody i kilka innych supernowoczesnych gadżetów, które ułatwią roczne bujanie się po dalekich krainach. Jest wyczilowany, nigdzie się nie spieszy, robi, co chce i ogólnie rzecz biorąc, jego planem jest brak planu. Wie gdzie znaleźć najtańszy nocleg i najtańsze piwo, wyrywa dziewczyny na niesamowite opowieści i rozjaśnioną u fryzjera słońcem grzywkę. Kocha lokalną kulturę, co trzy dni stawia się na couchsurfingowych meetingach, w Wietnamie jadał tylko psy, a USA tylko cheeseburgery. W przyszłości chce otworzyć własne, niepowtarzalne, niekomercyjne, jedyne w swoim rodzaju biuro podróży dla prawdziwych pasjonatów kroczących poza utartym szlakiem lub osiąść na rajskiej wyspie i pracować tylko wtedy, gdy środki na koncie zaczną topnieć. Najlepiej leżąc w hamaku i klepiąc zdalnie zlecenia na swoim makbuku, popijać drinka prosto z kokosowej skorupki.

Wymarzona partnerka: Dziewczyna z pasją do podróży i fitnessu, lubiąca puding chia, Costa Coffee i Gwiezdne Wojny, freelancerka z długimi włosami, wąską talią i kontem na Instagramie.

Lubi: plaże, laski, morze, laski, tanie loty, laski i laski

Nie lubi: survivalowców, budżetowców, januszy i premium-biznes-vipów

.

Kandydat nr 5:

Premium-biznes-VIP

Zawsze w idealnie skrojonym garniturze z metką odpowiednio drogiego projektanta, z lekko sunącą, stylową walizeczką. Lata tylko pierwszą klasą, nocuje w najlepszych hotelach, jada w najlepszych restauracjach, a wszystkich poddanych, którzy dobrze się spiszą, hojnie wynagradza napiwkami. Znają go wielu miejscach, więc zawsze dostanie to, czego chce. Nie uznaje niczego, co nie jest z najwyższej półki i niechętnie kupuje rzeczy, na które może pozwolić sobie zwykły śmiertelnik. Od czasu do czasu lubi poczuć dreszczyk emocji, ale musi być pewien, że przygoda odbędzie się bez niespodzianek i tylko w standardzie VIP. Podziwianie widoków? Z prywatnego helikoptera. Wycieczka w plener? Ekskluzywne safari. Kolacja ze znajomym? Umówię się z szejkiem Ahmedem. Nie zapuszcza się w dziwne zakątki świata, a jego ulubione miejsca na wakacje to Seszele, Bali i Alpy Szwajcarskie. Nie spoufala się z ludźmi i trzyma ich na dystans, w życiu ceni korzystne znajomości, kryształowe żyrandole i kartę kredytową bez limitu.

Wymarzona partnerka: Elegancka kobieta z idealnym makijażem i lekko sunącą, stylową walizeczką, która lata tylko pierwszą klasą, nocuje w najlepszych hotelach i jada w najlepszych restauracjach, ma kryształową kartę i żyrandol bez limitu.

Lubi: drogie rzeczy

Nie lubi: tanich rzeczy

.

Kandydat nr 6:

Najlepszy z najlepszych.

Jest najlepszy. Najlepszy ze wszystkich, zawsze i wszędzie. Wszędzie był wcześniej niż ty, dłużej niż ty, zrobił tam więcej zdjęć niż ty i w ogóle miał lepszą podróż niż ty. Wspiąłeś się na Język Trolla w 8 godzin? On to zrobił w 6 na kacu i z zamkniętymi oczami. Spędziłeś miesiąc w Tajlandii? On spędził dwa i przy okazji odwiedził Birmę, Chiny i Koreę Północną. Na Gibraltarze zaczepiały cię makaki? Jemu wiązały buty i smażyły jajecznicę. Złapałeś stopa w 10 minut? On złapał w 5, a kierowca dał mu cukierka! Jest przekonany o swojej najlepszości, a spotkania ze znajomymi traktuje wyłącznie jako okazję do pochwalenia się swoim podróżniczym dorobkiem. Jego drobną wada jest to, że nie potrafi rozmawiać, ale to nie dziwne, skoro nikt inny poza nim nie ma przecież niczego ciekawego do powiedzenia.

Wymarzona partnerka: Wzdychająca z zachwytu fanka utwierdzająca go w poczuciu najlepszości. Może być niema – naprawdę wystarczy, jak będzie tylko wzdychać.

Lubi: być najlepszy

Nie lubi: gdy ktoś jest lepszy od niego, ale przecież nikt nie jest

.

.

To już wszyscy kandydaci. Wiem, że walka jest wyrównana, a decyzja ciężka do podjęcia, ale muszę zadać to pytanie. Dziewczęta, kogo wybieracie? 😉

.

.

Zdjęcie:

tamahaji/flickr.com

Jak to jest jeść ze śmietnika?

,

Pięć 60-litrowych worków pełnych chleba, słodkich drożdżówek i innego pieczywa, 6 pudeł nigdy nie odpakowanych bananów, cztery skrzynki innych warzyw i owoców, do tego jeszcze takie smakołyki jak placki tortilli, różnej maści ciasteczka i sałatki z tuńczykiem – po kilka opakowań. Nie, to nie lista zakupów dla szkolnej stołówki. Mniej-więcej tyle jedzenia wyrzuconego przez miejscowy supermarket przywozili dla swoich zwierząt co drugi dzień gospodarze norweskiej farmy, na której pracowałam w ramach Workaway.

Kilka różnych wariantów jogurtów, słoik konfitury, bułeczki, kinderki i inne słodycze wyciągnął mój znajomy z kontenera jakiegoś sklepu gdzieś w Austrii.

Gdy raper Vienio przyznał, że stołuje się w śmietnikach, w sieci zawrzało. Jednak krytykujący go z obrzydzeniem ludzie nie sięgają wzrokiem na tyle daleko, by ujrzeć, że w tym szaleństwie jest metoda. W Polsce co roku 9 milionów ton chleba, mięsa, nabiału, zieleniny, słodyczy i innego jedzenia ląduje w koszach na śmieci. Na całym świecie dzieje się tak z 30% produktów spożywczych. Jedna, pieprzona, trzecia światowej produkcji spożywczej, podczas gdy 2 miliardy ludzi cierpią głód i umierają z niedożywienia. Mam nadzieję, że ten wstęp odwiódł od was na moment cisnące się na myśl komentarze typu „ale to obrzydliwe”, „zachowujecie się jak bezdomni”, czy „rzygać mi się chce, jak o tym myślę” i zafrapował na tyle, że będziecie czytać dalej.

,

.

Skandynawia, czyli „My tam przecież pomrzemy z głodu!”

W wakacje dwa lata temu wraz z moją koleżanką ruszyłyśmy w kilkutygodniową podróż, która zakładała objechanie państw leżących wokół Bałtyku, z największym naciskiem na Finlandię i Norwegię. Wiedząc już wcześniej, że w krainie Wikingów wszystko jest piękne, poza cenami, założyłyśmy, że od czasu do czasu będzie trzeba trochę poszperać za jedzeniem. Nigdy wcześniej żadna z nas nie próbowała freeganić (przyjmuję, że zabranie brokuła z nieczynnego straganu się nie liczy), więc byłyśmy zarówno zaciekawione jak i lekko zaniepokojone naszymi zamiarami. O ile pierwszy raz zajrzałyśmy do kontenera z taką pewną nieśmiałością, to potem szło już raz-dwa i wybierałyśmy najlepsze kąski z gracją Izabeli Łęckiej, a zwinnością szopa pracza.

W tym momencie pędzę z wyjaśnieniem, że freeganizm nie polega na grzebaniu w ulicznych albo podwórkowych śmietnikach, jedzeniu ogryzków z jabłek i suchych piętek chleba. Chodzi raczej o korzystanie z żywności, która została przeznaczona do utylizacji przez sklepy, w których nie została sprzedana. Powody tego niesprzedania mogą być różne, ale najczęściej chodzi o bliski termin ważności lub różnego rodzaju uszkodzenia, które de facto nie rzutują na ich jakość, takie jak naderwane zbiorcze opakowanie jabłek, wgniecenie w kostce masła czy kilka żółtych plamek na bananie. Słyszałam też, że w Biedronce ciężko dostać dojrzałe awokado, bo są wyrzucane zanim jeszcze zmiękną. W większości, zwłaszcza większych, sklepów w Polsce i praktycznie wszystkich na zachodzie i północy Europy wyrzucane jedzenie ląduje w kontenerach przeznaczonych wyłącznie na produkty spożywcze i często jest też spakowane w reklamówki, więc ktokolwiek do tej pory wyobrażał sobie nurkowanie w basenie gnijących odpadów, był w błędzie. Jasna sprawa, że warto mieć ze sobą rękawiczki, a wyłowione fanty należy dokładnie umyć, ale co do tego chyba nie trzeba nikogo specjalnie uświadamiać. Poza żarciem za darmo freeganizm w szerszym znaczeniu odnosi się do stylu życia, w którym korzystamy z kontenerowego jedzenia nie tylko ze względów finansowych, ale też ideologicznych. Szerzą go ludzie mający dość rosnącego w siłę konsumpcjonizmu, świadomi tego, ile wysiłku oraz pieniędzy trzeba włożyć w produkcję żywności i sprzeciwiają się bezcelowemu marnowaniu zasobów.

freeganizm norge

.

 

(rolnik + młynarz + piekarz + dostawca + sprzedawca)

x (praca + hajs)

Ile razy słyszeliście za młodu, że macie skończyć obiad, bo „dzieci w Afryce nie mają co jeść”? Zawsze mnie to irytowało, bo uważałam, że dla nich to bez różnicy, czy ja dokończę swojego kotleta czy nie. Prawdziwy sens tych słów zaczął docierać do mnie dopiero później, gdy proste skojarzenia zaczęła zastępować świadomość bardziej złożonych procesów.

Z jednej strony kotlet został już kupiony i to, co się z nim stanie, już nie jest istotne dla nikogo, bo producent dostał swoją kasę, a ty swoją kasę już wydałeś i fakt, czy zjesz go całego czy tylko połowę nie będzie miał już bezpośredniego wpływu na zawartość niczyjego portfela. Z drugiej jednak strony, może następnym razem kupisz połówkę chleba zamiast całego, małą śmietanę zamiast dużej, cztery kabanoski zamiast dziesięciu i zdążysz zjeść wszystko zanim zacznie pleśnieć, a pieniędzy też wydasz trochę mniej. Konsumencka świadomość, czyli przemyślane i odpowiedzialne zakupy, w czasach klęski urodzaju nie ma się dobrze między innymi dlatego, że jednorazowo generuje mało spektakularne oszczędności. Jednak grosz do grosza i sami wiecie, a nieprzekonanym proponuję podpalić 20 złotych.

Wiele osób myśli też, że mąka = chleb i bezrefleksyjnie wrzuca do koszyka ośmiopak jogurtów z terminem ważności, który upływa za trzy dni. Bo tanio, więc jak się nie zje, to nie będzie szkoda wyrzucić. Niestety mało kto zaprząta sobie głowę tym, że za każdym kubeczkiem danonków stoją ludzie hodujący krowę, pracujący w skupie mleka, w fabryce i sanepidzie, dostawcy, sprzedawcy i sama nawet nie wiem, kto jeszcze. Wszyscy oni ciężko pracują i bynajmniej nie robią tego po to, żeby ktoś ich pracę wywalił na śmietnik. Po drugiej stronie równania do chleba można dodać jeszcze ogromne ilości zużytej energii oraz zanieczyszczenia generowane przez zakłady produkcyjne, samochody dostawcze, magazyny, sklepy… Bystrzy jesteście, więc rozpisywanie ciągu przyczynowo-skutkowego wydaje mi się zbędne.

bank zywnosci

  

Podsumowując, nie chodzi o to, że jak nie dojesz ziemniaczków, to mama będzie smutna, a afrykańskie dzieci głodne. Chodzi o to, żeby okazywać szacunek przyrodzie, ludzkiej pracy oraz własnym pieniądzom i mieć świadomość, jak wielkim szczęściem jest urodzić się we wschodniej Europie zamiast w Etiopii. A na jutrzejszy obiad obrać dwa ziemniaki mniej.

,

Zanurkujesz?

Wyniosłam z domu zasadę, że nie wolno marnować jedzenia i trzymam się jej bardzo mocno, więc tym bardziej boli mnie fakt, że ilość jedzenia lądującego na wysypiskach jest tak ogromna. Gdy przed maturą miałam okazję pracować w pewnej sieciowej burgerowni z dużym, żółtym logo, nie mogłam zrozumieć polityki, według której kanapka ma 5-minutowy termin ważności, a potem leci do kosza, bo nie może jej zjeść ani klient, ani pracownik. Korzystam więc czasami z dobrodziejstw kontenerów, bo ratowanie jedzenia jest fajne i nie tkwię w tym przekonaniu sama. Jadłam robione przez znajomych odpadkowe leczo, śmieciowe tosty i resztkowe sałatki, a moja zeszłoroczna impreza urodzinowa upłynęła pod znakiem morza chipsów z odzysku. We wspomnianej wyżej Norwegii wraz z parą Francuzów zajadaliśmy banany i rozpływające się w ustach maślane bułeczki, zaś w holenderskich śmietnikach można znaleźć piwo, za które w sklepie liczą sobie 5.

.

12143253_10204849695546090_2815066123180878850_nFreeleczo. Wyborne.

12788535_963574843718723_1585845514_o

12789831_963574863718721_252492790_o

zdjęcie(1)Norwegia. Codzienna porcja smakołyków dla zwierząt.

.

Jeśli chcielibyście zagłębić się trochę w temat, proponuję zacząć od filmu Dive!, w którym normalni, sympatyczni ludzie bez nadęcia opowiadają dlaczego to robią i czemu ty tez powinieneś zacząć. Natomiast dla spragnionych wiedzy praktycznej polecam kontenerową encyklopedię, z której można dowiedzieć się gdzie i kiedy najlepiej wyruszyć na łowy. Może i ty zanurkujesz?

httpgrouches doy wikia dot com

 

,

Zdjęcia niepodpisane w tekście:

Triker-Sticks/ flickr.com

grouches.wikia.com

Jazda bez rozkładu, czyli jak ogarnąć Maltę.

Wybieracie się na Maltę i nie wiecie, co warto zobaczyć? Po przeczytaniu tego wpisu dalej nie będziecie wiedzieć, ale Google pomoże wam w kilka sekund. Tutaj natomiast znajdziecie rzeczy, które dużo ciężej jest wygrzebać, czyli rożnej maści informacje praktyczne. Takie, jakie dostalibyście od lokalsów, ale bez czekania na odpowiedzi z forum na CSie. Owszem, można poświęcić trochę czasu i poszperać w czeluściach internetów, ale po co, skoro oto z pomocą przychodzę ja, która zebrałam to wszystko do kupy. Zatem enjoy.

Jedzenie.

– Pastizzerie. Są to okienka, w których można kupić ciepłe przekąski lunchowo-obiadowo-kolacyjne. Większość z nich robiona jest z ciasta filo lub drożdżowego i nadziewana na różne sposoby, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Najsmaczniejsze nadzienia, jakie miałam okazje wszamać, to szpinak z anchois, kurczak w sosie pieczarkowym i pasta groszkowa. W każdej pastizzerii dostaniecie też pizzę na kawałki i ryżowe lub makaronowe zapiekanki (jedna porcja spokojnie starczy dwóm osobom). Ceny mieszczą się w widełkach od 0,25 do 2,50, a wybór jest naprawdę duży, w związku z czym przez cały tydzień stołowaliśmy się głównie w tych miejscach.

– W mojej opinii lokalne piwa są słabe i nie czułam żadnej różnicy między Ciskiem, a najtańszym lidlowym sikiem, więc jeśli planujecie wycieczkę browaroznawczą, to lepiej jedźcie do Czech albo na Litwę. Na Malcie zdecydowanie lepiej wybrać lokalne i włoskie wina, bo są smaczne, niedrogie, a wybór całkiem spory nawet w małych marketach.

– Udało nam się wybadać dwie super fajne knajpki, które serdecznie polecam odwiedzić. Świeże, pyszne jedzenie, duże porcje, niskie ceny, a w środku sami lokalsi. Chodzi o La Piazzę w Rabacie (tym na Malcie, nie na Gozo) oraz Skuna w Marsaxlokk (na samym końcu ulicy ciągnącej się wzdłuż brzegu).

– Woda z kranu nie bardzo do picia, bo nie jest za smaczna, ale tania butelkowana smakuje tak samo, więc albo kupować tę droższą albo wcale i już pić kranówę. Trująca nie jest.

– Zimą koniecznie jedzcie dużo pomidorów. Są pyszne!

Dyskomunikacja miejska.

– Jeśli decydujecie się na komunikację miejską, wykupcie przed wyjazdem dodatkowy pakiet cierpliwości. Autobusy jeżdżą jak chcą i najczęściej kursują raz na godzinę, więc na przystanek należy wyjść 20 minut wcześniej. A najlepiej po prostu wyjść nie sprawdzając godziny, tylko usiąść na krawężniku i spokojnie czekać podgryzając groszkowe pasticci.

– Kierowcy należy zasygnalizować chęć przejażdżki wyciągniętą ręką z wyprostowanym palcem wskazującym, a jeśli czekamy po zmroku na nieoświetlonym przystanku, najlepiej pomachać mu telefonem. Ze środka ulicy, bo czasem nawet nie patrzą, czy ktoś czeka. Wszystkie przystanki, poza końcowym, są na żądanie, więc żeby wydostać się z autobusu, tez trzeba dać znać. Najczęściej przyciskiem, ale jeśli nie jesteśmy do końca pewni, wchodząc warto zapytać kierowcę dokąd jedzie i poprosić, by zatrzymał się na naszym przystanku. Są bardzo pomocni i uprzejmi, więc nie ma się czego bać.

– Kierowcy, poza tym, że są uprzejmi, są też bardzo rozmowni. Nie raz zdarzyło się nam, że odjazd opóźniał się o kilka minut, bo do okna autobusu podszedł syn/ kolega/ szwagier/ nieznajomy i ucinał sobie z kierowcą sympatyczną, dłuuuugą pogawędkę. Hitem jest jednak inna historia, kiedy jechaliśmy autobusem, a pani kierowczyni dwa razy zatrzymywała innych busiarzy, by zapytać o drogę, a w końcu i tak nawigował ją jeden z pasażerów.

– Kolejną rzeczą, jaka może wprowadzić w konsternację jest to, że na wyświetlaczu wewnątrz autobusu najczęściej podawana jest inna stacja docelowa niż na ta zewnątrz, widniejąca obok numeru pojazdu. Ponadto, na wywieszonych rozkładach podane są tylko ważniejsze przystanki na trasie, a ich dokładna lista pokazywana jest dopiero na wyświetlaczu w autobusie, dlatego tym bardziej polecam pytać kierowców. Ponadto zakład komunikacji miejskiej gorąco rekomenduje sprawdzanie połączeń autobusowych w Google Maps.

– Jeśli zamierzacie zostać na wyspie cały tydzień, zdecydowanie polecam bilet tygodniowy zamiast 12-przejazdowego, który kusił mnie na początku. Rożnica w cenie to 6 (21 vs. 15), ale bilet tygodniowy daje nam nielimitowane przejazdy liniami dziennymi i nocnymi, podczas gdy 12-przejazdowy kasuje dwa dzienne przejazdy na poczet jednego nocnego. Dokładając do tego wszystkie planowane i nieplanowane przesiadki nie mam żadnych wątpliwości, że ten drugi bilet wykorzystałabym w ciągu trzech, góra czterech dni.

– Dwucyfrowe autobusy jeżdżą do Valetty, a X są pospieszne.

– A co, jeśli autobus zwieje lub się na niego nie doczekamy? Ja polecam łapać stopa, albo cisnąć z buta. O ile nie jedziemy z jednego końca wyspy na drugi, to godzina często wystarczy, żeby pokonać wybrany dystans, bo odległości na Malcie są niewielkie (całe państwo ma mniejszą powierzchnię niż Kraków), a przy okazji można podziwiać pięknie widoki, architekturę i zwykłe, maltańskie życie. Autostop działa wybornie i za każdym razem, gdy mówiliśmy, że łapiemy, bo nie przyjechał nasz autobus, spotykaliśmy się z sympatyczną reakcją typu „tak, tak, wiem coś o tym”.

 

Inne, nie mniej przydatne

– Na wyspie Manoel Island koło Sliemy znajduje się fenomenalne miejsce, jakim jest wioska… kaczek. Nie znalazłam o niej wcześniej żadnej informacji, a trafiliśmy tam przypadkiem, spacerując po okolicy. Wioska to zagroda zbudowana wzdłuż brzegu, na terenie której postawiono domki, budki, karmniki dla ptaków, ale nie brakuje tam też takich niedorzecznych elementów dekoracyjnych jak pluszaki, krzesła, chorągiewki czy parasolki. Wesoło hasają tam różnej maści kaczki, perliczka, kury z małymi, słodkimi kurczątkami a także parę królików i świnka morska. Po wiosce leniwie krążą także koty, ale nie robią krzywdy drobiowi.

Założyciel wioski prosi o datki, które należy wrzucać do zawieszonych na ogrodzeniu skrzyneczek. Nie wiem, jak wioska wygląda na co dzień, ale gdy my tam byliśmy, zwierzaki miały do jedzenia tylko brudne, zaschnięte kawałki chleba, które dzióbały od niechcenia, więc przed odwiedzinami warto zahaczyć o sklep zoologiczny i kupić choć garstkę jakiejś karmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– Nie bójcie się pytać ludzi, bo są bardzo pomocni i chętnie utną sobie z wami pogawędkę. Tak najlepiej znaleźć miejsce na piknik, nieturystyczną knajpę czy pub z najlepszym piwem.

– Maltańczycy mówią, że ubierają się wchodząc do domu, a nie wychodząc na zewnątrz. Maltańskie domy najczęściej nie mają żadnego ogrzewania, więc miejcie to na uwadze wybierając się tam zimą. To, że temperatura powietrza w lutym wynosi 17-20 stopni wcale nie oznacza, że nie zmarzniecie! Wybierając Airbnb, hostel czy couchsurfing zabierzcie więc ze sobą kapcie i ciepłą piżamę – mi bardzo tego brakowało.

– Pytajcie o ceny, gdy nie są podane na produktach, bo czasem można się nieźle naciąć. Niektórzy kombinują, jak mogą, by wyssać z turystów jak najwięcej pieniędzy, więc najlepiej zaopatrywać się skleapch, gdzie produkty są ometkowane.

– Praktycznie każdy dom ma swoje imię. Poza standardowym numerem w ścianę zawsze wmurowana jest tabliczka z nazwą. Widziałam chyba wszystko: od Lorenzo, Carla, Marley’s House przez Santa Maria, Sagrada Familia, Sunshine i Namaste, po Blue Blossom, London (zaraz obok Essex), Wild Rose i Horse. Wszystko wymalowane na ślicznych, ceramicznych tabliczkach.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– Z jednej strony Maltańczycy są bardzo religijni i chętnie tę religijność pokazują, z drugiej jednak na każdym kroku widoczne są wierzenia w różne przesądy. Na wieżach starszych kościołów są zawszy dwa zegary z rożnymi godzinami, by diabeł, który zaplanował sobie wizytę w mieście na konkretną porę nigdy nie wiedział, czy jest na czas. Tradycyjne kolorowe łodzie zdobione są okiem Ozyrysa, by zawsze bezpiecznie wrócić do portu.

– Mała rzecz, a cieszy – publiczne toalety są bezpłatne 🙂

– Promy na Gozo odpływają co 45 minut, a przyjemność taka kosztuje 4,65.  Bilet kupuje się dopiero w drodze powrotnej, a jeśli zdecydujemy się wracać  miedzy 20:00 a 6:00, zapłacimy o 0,65 mniej.

– Zimą pogoda jest bardzo zmienna, więc warto ubrać się na cebulkę, a na dłuższe spacery zabrać ze sobą parasol, czapkę, szalik (najlepszy do uszczelnienia się, gdy zacznie wiać) i rękawiczki. Zwłaszcza, jeżeli planujecie wracać wieczorem.

– Nie dość, że ruch na wyspie jest lewostronny, to kierowcy jeżdżą jak typowi południowcy (czyt. drogowi wariaci), więc zachowajcie ostrożność zarówno jako kierowcy jak i piesi!

– Na Azur Window koniecznie jedźcie z rana. My dotarliśmy tam koło 11:00, a już roiło się od Azjatów z aparatami i Polaków w sandałach. Było głośno i tłoczno, a byliśmy tam w lutym, czyli całkowicie poza sezonem!

–  Zaopatrzcie się w odpowiedni wtyczkoadapter, bo gniazdka na Malcie są brytyjskie.

– Jak w wielu krajach południowej Europy, również na Malcie jest mnóstwo bezpańskich kotów. Jednak, w odróżnieniu od tych z Włoch czy Hiszpanii, najczęściej są puchate, grubiutkie i zadbane. To dzięki systematycznemu dokarmianiu, które ponoć finansowane jest przez państwo, by uniknąć plagi gryzoni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– Katedry i kościoły. Dużo – więcej niż jeden na kilometr kwadratowy. Dzwony bija od rana, więc jak kto wrażliwy, niech lepiej zawczasu kupi stopery. Mnie tam się podobało, bo ładne melodyjki grali. Nieważne, że zaczynali o 6:00.

To chyba wszystko, co zaobserwowałam albo znalazłam w sieci. Jeśli macie jakieś inne rady przydatne podczas pobytu na Malcie, to chętnie dodam je do listy, aby służyła potomności. Planuję też tego typu wpisy na temat innych państw, więc stay tuned – będą dostępne pod tagiem protipy.

 

Nie daj sobie wmówić, że couchsurfing jest za darmo.

Koszt:

(1.1) poniesiony wydatek

(1.2) suma starań o coś

To, że nie płacisz za coś żywą gotówką wcale nie oznacza, że ta rzecz jest za darmo. Zawsze musisz dać coś w zamian.

Ja tu tylko śpię.

Stay with locals and make travel friends głosi hasło witryny Couchsurfing.org, co wolnym tłumaczeniu znaczy tyle co To nie noclegownia z darmowym prysznicem. Osoby, które udostępniają swoją sofę innym, robią to z konkretnych powodów. Gdyby chodziło wyłącznie o zapewnianie schronienia obcym ludziom, równie dobrym rozwiązaniem byłoby zawieszenie nad drzwiami wejściowymi stosownej tabliczki albo założenie hostelu. Niestety wciąż wiele osób nie widzi niczego złego w pakowaniu się komuś na chatę, aby po tygodniu szlajania z namiotem w końcu zaznać dotyku ciepłej wody i mydła, a potem przez cały dzień unikać kontaktu. Wiele osób nie ma zahamowań, by wracać późnym wieczorem po pięciu piwach i z miejsca pakować się do łózka, by bezszelestnie ewakuować się bladym świtem albo, co gorsza, spać w opór, póki host nie zmyje się do pracy. Wiecie, nie każdy lubi pożegnania. Zwłaszcza, gdy nawet nie pamięta imienia żegnanej osoby.

rcp spie

Do it together!

Na początek klasyczny truizm, czyli stwierdzenie, że w  CSie chodzi przede wszystkim o poznawanie ludzi. Często nie zdajemy sobie sprawy, że niektórzy hości dostają po kilka zapytań dziennie i tylko od poziomu naszego zaangażowania zależy, czy to właśnie nas wybiorą. W większości przypadków zależy im na poznaniu swoich gości, dowiedzeniu się jak najwięcej o krajach, z których pochodzą i miejscach, które odwiedzili. W czasach, gdy ja nocowałam ludzi, zawsze zależało mi na czymś więcej niż przelotne znajomości – na tej całej nowej wiedzy, którą można zdobyć w inteligentnej, poszerzającej horyzonty rozmowie. Gdy przyjmujesz kogoś pod swój dach, robisz to też z potrzeby nowego towarzystwa i  traktujesz tę osobę niczym przyjaciela i współlokatora, nie zaś jak obojętnego ci współspacza w hostelowym dormie. Host będzie chciał poznać cię możliwe jak najlepiej, więc trzeba mieć na uwadze, że nocleg przez CSa to transakcja wiązana. Nie mówię o spędzaniu razem każdej godziny, ale z pewności trzeba uwzględnić w planie dnia jakieś pogaduchy, zwiedzanie miasta czy wspólne wyjście na imprezę. Nie zapominaj, że to przygoda dla was obojga.

rec together

Suweniry, suweniry.

Niby nikt nie chce od nas kasy, ale z drugiej strony trochę głupio jechać do kogoś z pustymi rękami. Jako, że korzystając w podróży z CSa udaje się zaoszczędzić spoko kasy na noclegach, można część tych pieniędzy przeznaczyć na jakiś miły upominek dla gospodarza. Przecież każdy lubi dostawać rzeczy. Po przeczytaniu informacji zawartych w profilu czasem uda się nam wywnioskować, co kto lubi, a jeśli nie, to zostaje awaryjna lista uniwersalnych giftów. Krówki i ptasie mleczko zawsze robią furorę, bo wbrew pozorom nie są znane na szeroką skalę, a polska wódka również cieszy się uznaniem. Magnes na lodówkę czy pocztówka to też zawsze dobry pomysł, a jeśli chcemy wydać więcej, można się szarpnąć na kosz regionalnych produktów czy wybór fancy piw z małych browarów. Mam znajomych, którzy daliby się pokroić za Michałki i Tymbarka jabłko-mięta.

Jeśli nie masz jak przytaszczyć ze sobą wora z prezentami, zawsze możesz zaprosić swojego hosta na obiad czy drinka.

cukierasy suweniry

Leave no trace.

Twój host tak cię polubił, że przygotował ci pożegnalny obiad albo jego urodziny wypadły akurat dzień przed twoim wyjazdem? Świętnie, pozmywaj gary! Powitalny zwrot „czuj się jak u siebie” od początku bierz dosłownie i pamiętaj, że nie chodzi tylko w wspólne oglądanie filmów i piwko na kanapie. Odkurz wgniecione w dywan czipsy, zaściel swoje łóżko, a wychodząc przy okazji wynieś śmieci.

 

RCP sprzątać

Vice versa.

Niewkluczone, że po jakimś czasie dostaniesz requesta od swojego byłego hosta, w którym poprosi cię o poratowanie tyłka na noc lub kilka. Jeśli tylko masz czas i warunki ku temu, to miło będzie z twojej strony, jeśli zgodzisz się go przenocować. Jeśli za pierwszym razem pykło i znaleźliście nic porozumienia, za drugim może być już tylko lepiej. To niby tylko przysługa za przysługę, ale na początku nigdy nie wiesz, gdzie zaczyna się wieloletnia znajomość 🙂

Dave Austria Red Couch Project final

Zdjęcie główne: Miguel Tejada-Flores/ flickr.com

Zdjęcia na kanapie: Dave Austria – Red Couch Project/ flickr.com

Definicja kosztu: Wikipedia.org

„Jeg savner” znaczy „tęsknię”

Dwa lata temu spędziłam kilka tygodni wakacji podróżując po Norwegii i wpadłam po uszy. Zakochałam się na zabój w onieśmielających swym majestatem fjordach, porośniętych trawą drewnianych domach i słodkim smaku raków z nocnego połowu. Lubię od czasu do czasu zerknąć w zdjęcia, żeby przypomnieć sobie, jak fajnie było budzić się w namiocie rozbitym na zielonej łące albo uciekać w letniej sukience przed rozpętaną w trzy sekundy ulewą. Tym razem mniej do czytania, a więcej do obejrzenia, ale no worries, bo na temat Skandynawii będzie jeszcze kilka wpisów.

Zdjęcia, niestety, robione kalkulatorem, choć najlepszy sprzęt też nie oddałby uroczości fotografowanych miejsc. Polecam zatem pojechać i popaczeć, a potem wrócić i tęsknić.

 

10462932_10202075329548674_7463006169970334443_n

10592936_10202383529133471_1157309792008420035_n

10494789_10202132253051726_3666162347024348375_nSognefjorden. Już wtedy wiedziałam, że będę tęsknić.

10443451_10202445664646820_6361408446708817839_nOkolice Kvinesdal. Niekiepski widok ze szczytu jakiegoś pagórka.

10440969_10202356630741028_2070793280152557917_n

NORGE 2Rozczochrana, tęskniąca ja.

10410541_10202081949674173_2707597822369746309_nWidok na Trondheim.

NORGEIdealne miejsce na lunch, polecam.

NORGE 5Trolltunga. Nawet nie pytajcie, czy się nie bałam.

NORGE 4Guse. Południowa Norwegia pełna jest wrzosowisk.

10615631_10202445659926702_8670155581344754141_nLeśna bestia.

10570330_10202467916523103_5684962462542520919_n

10552422_10202480727643373_348585686791364809_n

10551000_10202383531653534_5232176933754598149_n

10435834_10202445660926727_1349598022983887956_n

10171796_10202075330388695_1239539091950846237_n

1798868_10202352086267419_7078089731157957352_nW tamtym momencie nasilił mi się kompleks braku konika na biegunach w dzieciństwie.

 

603700_10202445659166683_912872975050358657_n

10377380_10202094269182153_344761737774116502_nJ

10557180_10202383520853264_1175550110341556911_n

10435833_10202445659806699_1511842455641981853_nKolejna leśna bestia.

 

10378533_10202445654846575_5050949753115476505_n„Podjadać przed obiadem? Ja? Nigdy!”

 

11274_10202407937983677_5925158736346853116_n

10292150_10202383520533256_9216572885348011811_n

10377380_10202094269182153_344761737774116502_nZielona rzeka.

10329094_10202356633181089_5914707258834484629_n

10553370_10202356640661276_4290035763362261975_n

 

 

Jak spakować plecak na backpackerski wypad?

 

Zadziwiające, jak wiele przedmiotów codziennego użytku okazuje się być zbędnymi, gdy zaczynasz podróżować z plecakiem. Zauważasz, że da się żyć bez suszarki do włosów, a zwinięta bluza z powodzeniem zastępuje poduszkę. Do tego wniosku musiałam jednak dochodzić w bólach (sumienia, portfela i kręgosłupa), bo porady poradami, ale na niczym nie uczę się tak dobrze, jak na własnych potknięciach.

Na początku pakowanie bywa często drogą przez mękę, a im dłuższy wyjazd się szykuje, tym więcej dylematów. Całkiem niepotrzebnie, bo wyposażenie na trzydniową wyprawę od tego na trzymiesięczną różni się tylko ilością spakowanych majtek. Jeśli ty też bezskutecznie próbujesz upchnąć swoje życie w 50-litrowym plecaku i kolejny raz bezsilnym szarpnięciem wysypujesz wszystko na podłogę – zapraszam. Jak grzecznie przeczytasz, to na końcu czeka nagroda.

 

Co zabrać?

Odpowiednia zawartość plecaka to pierwszy z problemów. Na początku należy przeanalizować plan wyjazdu, bo przecież co innego zabierzemy na tydzień leżakowania na hiszpańskich plażach, a co innego na trekking w Gruzji. Ważne, żeby nie wpadać w panikę i nie przesadzić z ilością zabieranego sprzętu, ubrań, czy jedzenia, bo z pewnością nadarzy się okazja, żeby zrobić pranie, a gdy skończą się kanapki „na drogę”, to bez problemu znajdziemy jakiś spożywczak.

Warto prześledzić zeszłoroczne i aktualne prognozy pogody dla miejsca, do którego się wybierasz, by odpowiednio zaplanować garderobę czy wybrać odpowiedni śpiwór, ewentualnie model namiotu, etc. O ile latem w Porto wystarczy parę koszulek i jedna bluza na chłodniejsze wieczory, to w tym samym czasie w Norwegii pogoda może zmieniać się kilka razy w ciągu dnia. Nie raz zdarzyło mi się w pośpiechu ubierać pelerynę przeciwdeszczową na letnią kieckę tylko po to, żeby za chwilę przebierać się w kurtkę i spodnie.

 

Karin_flickr

 

Jeśli połknąłeś podróżniczego bakcyla i wiesz, że nowe hobby nie skończy się na jednym wyjeździe, warto pomyśleć nad minimalizacją wszystkiego, co możliwe. Na rynku jest cała masa różnej maści sprzętów wykonanych ultralekkich materiałów. Można zaopatrzyć się w półkilogramowy śpiwór lub namiot wielkości pudełka po butach. Ja ostatnio jestem zafascynowana mini-grillem, który po złożeniu mieści się w stalowej rurce.

 

Tutaj przykładowa, w miarę uniwersalna lista rzeczy, z którymi na upartego można jechać wszędzie. Polegam na niej przy okazji każdego wyjazdu, modyfikując w zależności od potrzeb.

  • Dwie pary wygodnych (czyt. nie nowych) butów – obydwie całe lub jedne sandały.

  • Bluza/polar + kurtka przeciwwietrzna + czapka + rękawiczki – przydatne nocą nawet w ciepłych krajach.

  • Peleryna przeciwdeszczowa – ZAWSZE! Nie ważne, że wygląda się w niej jak wymięty wielbłąd. Nie ważne, że „tam gdzie jadę o tej porze roku nie pada”. Nie ważne wracasz za trzy dni. ZAWSZE!

  • Przeciwdeszczowy pokrowiec na plecak – niby wystarczy sama peleryna, ale ja z pokrowcem czuję się bezpieczniej, a zajmuje tyle miejsca, co paczka chusteczek.

  • Kilka bawełnianych T-shirtów, spodenki, niekrępujące ruchów długie spodnie, bielizna.

  • Szybkoschnący ręcznik z mikrofibry – trzeba się nim namachać trochę bardziej niż w przypadku zwykłego ręcznika i niestety nie otula ciała mięciutkim dotykiem tysięcy delikatnych włosków bawełny, ale schnie w kilkanaście minut i jest ultra mały. Mnie to przekonuje.

  • Zestaw MacGyvera” czyli igła + nitka, scyzoryk, krzesiwo, latarka, trochę srebrnej taśmy i kawałek sznurka – nigdy nie wiesz, kiedy pękną ci szwy w namiocie, rozwalisz buta lub będziesz musiał rozpalić ognisko pośród leśnej głuszy.

  • Ładowarki, a najlepiej same kable i jedna końcówka z wtyczką.

  • Kosmetyczka, a w niej mydło oraz szampon w listkach (50 listków < pudełko po zapałkach), odżywka do włosów w saszetkach, składana szczoteczka do zębów + malutka pasta, mini-szczoteczka do paznokci (zrobiona z taniej, twardej szczoteczki do zębów), trochę kremu do twarzy w małym słoiczku lub po prostu próbki, balsam z filtrem UV, repelent na owady, mokre chusteczki.

  • Apteczka, a w niej saszetki z wacikami odkażającymi, dwa małe bandaże, jeden większy, jeszcze jeden elastyczny, plaster na rolce, gaziki, balsam łagodzący różnej maści uszkodzenia (polecam Alantan i Bepanthen), gumowe rękawiczki, folia NRC, ibuprofen, węgiel, ew. inne konieczne tabsy i prochy.

  • Mały przewodnik lub sama mapa, koniecznie z miejscem na bazgranie.

  • Mały, składany plecak lub torba na krótkie wypady już na miejscu – w Decathlonie można dostać takie cudo w kilku rożnych kolorach za mniej niż dychę i znowu: plecaczek po złożeniu < pół kostki masła.

  • Dokumenty i ich kserokopie + hajsy, a wszystko porozkładane w różnych miejscach.

  • Śpiwór + karimata – tak naprawdę nigdy nie wiesz, jak skończy się dzień 🙂

  • Bzdety typu długopis, krzyżówki, książka, żarówka na baterie, przyprawnik i kilka większych woreczków strunowych.

 

Jak zabrać?

Gdy podjąłeś decyzję, że wełniany kocyk, Scrabble, trzecia bluza i lokówka jednak zostają w domu, to połowa drogi już za Tobą. Pozostaje „tylko” upchnąć w plecaku to co zostało. Wbrew pozorom nie wystarczy zwyczajnie poukładać rzeczy, bo od sposobu rozłożenia szpargałów zależy komfort noszenia i przyszłość kręgosłupa. Właściwie spakowany bez problemu pomieści niezbędny ekwipunek i nie będzie uciążliwy po zarzuceniu na plecy.

Przede wszystkim oszczędzaj miejsce. Zwijaj, kompresuj i ściskaj wszystko co się da, starając się wykorzystać każdy wolny zakamarek. Co do optymalnego rozłożenia wagi, ogólna zasada mówi, że najcięższe przedmioty muszą znaleźć się jak najbliżej pleców, w miejscu pomiędzy łopatkami. Dla wycieczek po płaskim terenie czy chodzenia po mieście powinniśmy ulokować ciężkie rzeczy możliwie jak najwyżej. Pozwala to przenieść większość ciężaru na biodra, czyli miejsce, które dobrze znosi obciążenie przy dźwiganiu. W przypadku trekkingu i wchodzenia pod górę dobrze jest nieco obniżyć ich położenie, bo ułatwia to zachowanie równowagi. Na dnie plecaka powinny znaleźć się rzeczy duże i lekkie, czyli śpiwór i odzież, a w środkowej części należy ułożyć przedmioty o średniej wadze i stosunkowo rzadko używane, czyli np. menażkę + palnik, książkę, prowiant. Górna klapa i boczne kieszenie są zaś miejscem na rzeczy, z których korzystamy często oraz takie, które powinny być łatwe do wyciągnięcia. Wiadomo: apteczka, chusteczki, telefon, scyzoryk, peleryna przeciwdeszczowa itp. Karimatę czy kijki do trekkingu można przytroczyć na zewnątrz, bo ich niewielka waga nie zaburzy środka ciężkości.

Jeśli po pięciokrotnym przepakowaniu, zwinięciu, złożeniu i skompresowaniu wszystkiego, co się dało, nadal brakuje ci miejsca, musisz usiąść i na chłodno przemyśleć sprawę. Jeśli są rzeczy z kategorii „bo może się przyda” i nie jest to apteczka, to polecam je zostawić. Minimalizm jest trudny, ale gdy się go nauczysz, daje wiele satysfakcji.

 

Jak to unieść?

Odpowiednio wyregulowany plecak jest niemalże gwarancją wygody i braku dyskopatii. Nie jest to trudne i zajmuje tylko kilka chwil, ale by wszystko poszło sprawnie przyda ci się pomoc drugiej osoby.

Na początku musisz poluzować wszystkie pasy nośne i założyć plecak. Trzymając za dno ustaw go w takiej pozycji, by przylegał do pleców, a pas biodrowy opierał się na górnych częściach kości biodrowych. Zwróć uwagę, aby plecak nie odstawał ani nie znajdował się za nisko! Gdy znajdziesz odpowiednie ułożenie, poproś swojego pomocnika o zaciśnięcie pasów barkowych oraz biodrowego tak, by utrzymały Twój bagaż w tej samej pozycji kiedy już przestaniesz go podtrzymywać rękami. Pas piersiowy pomaga stabilizować pasy barkowe i chroni przed ześlizgnięciem się plecaka z pleców – zaciśnij go tak, by był lekko napięty, ale nie uwierał.

 

Cheaty do życia.

Ogólnie rzecz biorąc, to już mógłbyś jechać, ale jestem dobrym człowiekiem i podzielę się czymś ekstra. Poniżej lista kodów ułatwiających życie na plecaku, a jeszcze niżej mały bonus do pobrania, zatem bierzcie i drukujcie.

  • Zanim cokolwiek spakujesz, obejrzyj plecak dokładnie i upewnij się, że nic się tam nie pruje i że zamki się nie rozłażą.

  • Plecak należy wyregulować dopiero wtedy, gdy jest już odpowiednio spakowany – nigdy na pusto.

  • Waga bagażu nie powinna przekraczać 30% wagi ciała nosiciela, a najlepiej, jeśli mieści się w granicach 20%.

  • Wszystkie rzeczy odkładaj na swoje miejsce. Brzmi banalnie, ale w praktyce bywa problematyczne, choć potrafi uratować tyłek.

  • Nie zakładaj plecaka z poziomu podłogi na wyprostowanych nogach. Lepiej unieś go za uchwyt przy klapie i zarzuć na plecy trzymając za pasy barkowe, a jeśli jest ciężki – najpierw wesprzyj go na udzie albo załóż z poziomu łóżka, krzesła, stołu, czegokolwiek.

  • Ograniczaj do minimum ilość rzeczy przytroczonych na zewnątrz. Nie widzę żadnych plusów wieszania na plecaku butów, kubka, akordeonu i lampek choinkowych – zaburza środek ciężkości, dynda, hałasuje i zaczepia się o wszystko, co mijasz. I jeszcze +100 do wyglądu jucznego muła.

  • Wykorzystuj każdą ilość miejsca. Powpychaj coś do butów, do menażki wsadź kartusz, palnik, ściereczkę, krzesiwo i przyprawnik, do śpiwora wepchnij jeszcze bluzę.

  • Polecam trzy fajne sposoby pakowania ubrań: zwijanie i rolowanie (można spiąć gumką), upychanie w workach kompresyjnych (trochę czasochłonne, ale bardzo efektywne) oraz kapsułkowanie (majtki ściśle owijamy koszulką i na tak powstały rulonik zakładamy skarpetki, tworząc osobny zestaw na każdy dzień).

  • Warto wymienić kilka rzeczy na ich mniejsze i lżejsze odpowiedniki: spork zamiast trzech sztućców, ołówki zamiast śledzi do namiotu, składany silikonowy kubek zamiast plastikowego, mały śpiwór + wkładka docieplająca lub folia NRC zamiast grubego, zajmującego pół plecaka.

 

Wygląda na to, że dobrnęliśmy razem do końca pakowania, więc życzę szerokiej drogi. Zaglądajcie częściej, bo będę wrzucać tutaj więcej podróżniczych life chacków, a to zawsze idzie lepiej ze świadomością, że się one komuś przydają. Koniecznie dajcie znać, jeśli sami macie jakieś sprawdzone pro tipy. Poniżej jest jeszcze dla Was obiecana, super fajna, ładna i przejrzysta lista ułatwiająca pakowanie, przygotowana w formacie A5. Polecam.

 

ŚCIAGNIJ LISTE

 

 

Zdjęcia:

Karin na flickr.com

sarowen na flickr.com