Patriotyzm to nie darcie ryja na pochodzie.

Pewnie zauważyliście, że w ciągu ostatniego roku sklepu z odzieżą patriotyczną rosną jak włosy po wcierce z kozieradki. Popyt przecież jest nie mały. Często widuję na mieście, jak dumnie prężą swą wątłą, przybraną orzełkiem pierś licealni wagarowicze, a łysi panowie z kotwicami na ramieniu popijają piwo w zakamarkach mojego byłego osiedla. No serce rośnie, jak widzi tylu patriotów, nie?

.

No właśnie nie. Tak mi przeszło przez myśl, że może wyrzucanie śmieci w przepoconym T-shircie ze spranym już, wymiętolonym godłem swojego kraju to nie do końca taki patriotyzm, jakiego nam trzeba? I że oklejanie samochodu wlepkami z symbolem Polski Walczącej przy jednoczesnym napierdalaniu, jaki to ten kraj beznadziejny jest, bo ja wiem… hipokryzją? Nie rozumiem dlaczego ludzie, którzy regularnie partycypują we wszelkiej maści marszach niepodległości, komentują potem gdzie się da, że najchętniej wyjechaliby do UK, bo w Polsce wszystko jest do chrzanu i nic nie da się naprawić, a politycy nie dbają o kraj, tylko o samych siebie. Bo przecież, w przeciwieństwie do rządu, oni tyle robią ku chwale ojczyzny!

.

Zastanawiałeś się kiedyś, czym właściwie charakteryzuje się prawdziwy polski patriota w XXI wieku? W czasach, kiedy nie ma już powstań i nie trzeba przelewać krwi za wolność? Moim zdaniem, aktywnością. Trzeba trochę przestawić sposób myślenia i zamiast rozwodzić się bez końca nad przeszłością, ogarnąć dupska i zacząć coś robić. Nie neguję znaczenia historii, bo nie wolno nam o niej zapominać, ale by móc nazwać się prawdziwym patriotą, trzeba czegoś więcej niż pamięci. I bynajmniej nie jest to rozwalanie budek z tureckim kebabem.

Według mnie nowoczesny patriotyzm to takie rzeczy, jak np.

  • kupowanie polskich produktów i wspieranie lokalnych przedsiębiorców
  • segregowanie śmieci i dbanie o środowisko
  • uczciwe płacenie podatków
  • nie miganie się od kupowania biletów w komunikacji miejskiej
  • wzajemny szacunek i tolerancja
  • budowanie dobrego wizerunku polski i polaków za granicą
  • szacunek dla mienia publicznego zamiast bazgrania po blokach „Wisła to kupa”
  • edukacja, nie tylko szkolna, i rozwój osobisty
  • udział w wyborach
  • przekazywanie tych wartości młodszym pokoleniom

Patriotą jesteś, jeśli dbasz o swój kraj w codziennym życiu. Nie w tedy, jeśli dwa razy do roku wywiesisz w oknie flagę, ale na wybory już się nie pofatygujesz „bo mój głos i tak nic nie zmieni”, na każdym kroku kombinujesz i tylko na wszystko psioczysz. Patriotą się jest, a nie bywa.

 

Podróże gorszego sortu.

W czasach, gdy podróżowanie na własną rękę zyskuje coraz większą popularność, mimowolnie rośnie także niesmak na myśl o wycieczkach zorganizowanych. Pojawia się coraz więcej osób, które nie chcąc podążać za modą na cztery gwiazdki z basenem, nomen-omen, ślepo idą za nowym trendem – kupują tani lot i zarzucają plecak na plecy. Czują się super, bo wszystko ogarnęli sami, i w myślach równają z ziemią każdego, kto urlopuje się wygodniej lub bogaciej.

Obieżyświaci najlepszego gatunku, crème de la crème podróżniczego światka pysznią się, jak to oni poza utartym szlakiem wędrują, że jak nikt nigdy wcześniej poznają prawdziwe obyczaje prawdziwych tubylców, że tylko to się liczy, bo to prawda najprawdziwsza, a najlepiej, gdy jeszcze goła, brudna i  biedna. A ja powiem, że gówno prawda! Nie rozumiem, jak osoba uważająca się za otwartą na świat, chętna chłonąć te wszystkie inne kultury może uważać, że prawdziwe życie dzieje się wyłącznie poza turystyką. W okienku informacji siedzi człowiek, a nie robot. Siedzi człowiek, który wychował się w kulturze, z której wypranie mu zarzucasz, który nią żyje i sam w sobie nią jest. To, w jaki sposób cię wita, co mówi podając ci bilet do muzeum, jaki gest wykonuje żegnając się z tobą jest uwarunkowane przez kulturę, w której żyje i jest jej przejawem. Tak samo, jak zachowania kelnerek, przewodników, kierowców, ludzi na ulicy w centrum miasta, boya hotelowego, taksówkarza i wszystkich innych. Owszem, ta kultura nie zawsze nam odpowiada. Nie podoba się nam, gdy taryfiarz podaje wyższą stawkę, jak widzi walizkę z lotniskową naklejką, ani jak sprzedawca lodów liczy nam euro więcej tylko dlatego, że kipi z nas przyjezdność. Nie podoba się też to, że nie wszystkie hinduskie dzieci chodzą w łachmanach, ani że w mieszkańcy Korei Północnej również mają w zwyczaju śmiać się ze znajomymi w knajpie, przy piwie. Argumentując, że jeździsz wyłącznie po zadupiach, sypiasz w namiocie i jesz najtańszy szajs, bo jedziesz poznać prawdziwe życie można o kant dupy rozbić. Prawdziwe życie tak nie wygląda. Normalni ludzie, ci tubylcy, których tak chcesz poznać, spacerują wśród atrakcji, którymi gardzisz, piją piwo w knajpach, które omijasz, pływają promem, na który nie chcesz wydać kilku euro, myją się codziennie i to w ciepłej wodzie, a w dodatku, uwaga! czasem nawet mieszkają w centrum miasta z widokiem na jakąś stalową wieżę czy bardzo znany zamek.

Zauważyłam, że wśród backpackerów szczególnie często przejawia się poczucie wyższości nad każdym innym, kto uprawia podróżowanie. Tylko oni podróżują dobrze i prawdziwie. Oni organizują wszystko sami, oni potrafią podróżować tanio, radzić sobie w kryzysie, nie wadzi im spanie pod namiotem, obejdą się bez przewodników, nie odwiedzają typowych atrakcji, czym chyba szczycą się najbardziej, oni czasu nie liczą, bo to przecież najlepszy wyznacznik szczęścia. I broń borze zielony, żeby wyrwało ci się przy takim, że masz wycieczkę z biurem podróży, albo że zakwaterowałeś się w porządnym hotelu. Albo, o zgrozo!, wykupiłeś to piekielnie all inclusive. Z miejsca stajesz się Januszem, nie potrafisz cieszyć się życiem, bez potrzeby szastasz kasą. Żyjemy w czasach, gdzie podlegamy ciągłej ocenie ze strony innych i nie ciężko się o tym przekonać. Zwiedzanie muzeów – nuda dla lamusów, spanie w hotelu – niepotrzebne burżujstwo, kupowanie wycieczek – januszostwo i nieporadność, spacer po starym mieście – ślepe podążanie za tłumem. Mogłabym tak jeszcze długo. I nie ważne, że może po prostu lubisz muzea. Może wyrosłeś ze spania w namiocie skitranym w krzakach w centrum miasta, może zwyczajnie stać cię na dobry obiad w dobrej knajpie, a na zorganizowanym wyjeździe czujesz się pewnie i bezpiecznie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto cię skrytykuje i uzna, że jego sposób podróżowania jest pełniejszy, bardziej prawdziwy, bo miał pluskwy w hostelu.

Nie podoba mi się, gdy ktoś bezmyślnie ocenia to, w jaki sposób podróżują inni, podczas gdy sami w rzeczywistości tylko wycierają sobie gęby wyświechtanymi już od dawna sloganami prawdziwych podróżników. Dajmy sobie żyć – każdemu tak, jak mu się podoba.

.

Wyrażenia, których nie cierpię.

Są takie sformułowania, powiedzenia i wyrazy, na widok lub dźwięk których budzą się we mnie najgorsze instynkty. W trakcie rozmowy oblepiają mnie swoją brzydotą, która nie pozwala skupić się na omawianej treści, a wartość konwersacyjna osoby, która je wypowiada leci w dół na łeb na szyję. Mój niechlubny ranking językowych obrzydliwości cały czas się zmienia. Co chwilę dostają się do niego nowe ohydztwa, choć czasami też coś wypadnie, gdy do jakiegoś paskudzika uda mi się przyzwyczaić. Są tam też takie, których nie trawię od zawsze i pewnie tak już zostanie. Osiem poniższych przykładów to ani największe, ani najgorsze koszmary, tylko zwyczajnie ich nie cierpię. Tak samo, jak jakiegoś tysiąca innych.

.

Skręca mnie jak widzę, gdy ktoś pisze funpage w odniesieniu do strony na Facebooku. Zwłaszcza, jeśli jest to bloger lub inna osoba, która teoretycznie  powinna być obeznana z social mediami. Rozumiem, że portale społecznościowe służą głównie rozrywce i dla niektórych są tylko jednym, wielkim placem zabaw. Nie rozumiem natomiast, jaki mógłby być fun z prowadzenia lub śledzenia profilu zakładu pogrzebowego czy biura ubezpieczeń. Wytłumaczeniem może być jedynie wybitnie dziwne poczucie humoru, ale zakładam, że to skrajne przypadki. Podsumowując, fanpage służy obserwatorom – nie tylko tym, którzy szukają dobrej zabawy.

Zauważyłam, że ostatnio wszyscy trafiają w punkt niezależnie od tego, jakiego rodzaju treść stworzą. W punkt są publikowane na facebookowych profilach przemyślenia, w punkt są wpisy na prawie każdym blogu, który ktokolwiek komentuje, w punkt są memy, kwejki i ironiczne komentarze. Pal licho, że ludzie używają tego zwrotu częściej niż gumek i szczoteczki do zębów. Bardziej od częstotliwości jego występowania drażni mnie tylko to, że wpunktujący uznają za przemyślane, celne i trafne treści, które w rzeczywistości wcale takie nie są.

Kolejnym zwrotem, na widok którego mdli mnie z przejedzenia, jest ból dupy. Z początku używany zgodnie z przeznaczeniem był dla mnie neutralny, ale znienawidziłam go z tego samego powodu, co wymieniony wyżej w punkt. O ile wcześniej bólem dupy tłumaczono czyjeś usilne szukanie problemów albo, powodowane najczęściej zawiścią, wytykanie innym zmyślonych wad i błędów, o tyle dziś nazywa się nim wszystko. Nie podoba ci się makijaż gwiazdy pudelków? Masz ból dupy, bo sama tak nie umiesz. Nie czujesz podziwu dla przaśnego, cebulowego vlogera-podróżnika? Masz ból dupy i zazdrościsz. Nie podoba ci się BMW łysego sąsiada? Masz ból dupy, bo cię nie stać. Dziś już nie można wypowiedzieć się krytycznie na żaden temat, nawet jeśli to twoje szczere zdanie, a nie chora zazdrość. Jeśli komuś nie przyklaskujesz, diagnoza jest tylko jedna.

Pleonazmy mają specjalne miejsce w moim kąciku nienawiści i plasują się na drugiej pozycji, ustępując tylko komarom. Podejrzewam, że może to wynikać z mojego pragmatyzmu i niechęci do nadmiarowych ilości czegokolwiek, nie licząc czekolady. Nie wszystkie są dla mnie tak samo drażniące, bo jedne puszczę mimo uszu, a inne przyprawiają mnie o migrenę i artretyzm. Jednak pośród tych wszystkich pełnych kompletów, wodnych akwenów, cofania się w tył i innych faktów autentycznych jest jeden wyjątkowy. Jedyny, do którego pałam nienawiścią odwieczną i gorącą jak Mordor w lipcu. Tylko i wyłącznie.

Trend, którego nie rozumiem jeszcze bardziej niż poprzednich. Stały bywalec pudelków. Biust X na otwarciu butiku! Nogi Y na plaży w Sztutowie! Na otwarciu butiku oczywiście pojawia się też właścicielka wspomnianego biustu, a wraz z nogami do Sztutowa pojechały także uszy, brzuch i śledziona, ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że na zdjęciach widać te spektakularne cycki czy nie mniej efektowne kończyny dolne. Albo, co gorsza, czasem wcale nawet nie widać. Bo wiadomo przecież, że w kobiecie wartościowe są tylko poszczególne części ciała, na które można się pogapić, więc po co wspominać w nagłówku całą tę niepotrzebną resztę? Swoją drogą, nie spotkałam się jeszcze z hasłem Broda X u barbera ani Penis Y na wakacjach.

Widział ktoś z was może tę ostatnią, epicką animację Dreamworksa? Albo epickie wystąpienie lidera opozycji? Lub epicki przejazd motocyklistów przez Wypizdów Wschodni? Może ktoś był świadkiem, jak pijany koleś w barze epicko się wywalił, niosąc piwo do stolika? Albo chociaż czegoś równie epickiego? Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, w jak epickich czasach żyjemy? Epickie dziś może być wszystko – od frytek do kinowego dzieła sztuki. Pomyśleć, że dawniej epickie były jedynie poematy.

Droga cena to koszmar chyba każdej osoby, która kiedykolwiek pracowała jako sprzedawca. Z początku, gdy byłam młoda, naiwna i pracowałam na pół etatu w odzieżowym, starałam się walczyć z niedoedukowaną w tej kwestii częścią społeczeństwa, ale po jakimś czasie złożyłam broń i uznałam swoją porażkę. Tych ludzi najwidoczniej nie da się naprawić. Jeśli wy nie chcecie być tymi ludźmi, to zapamiętajcie, że cena może być wysoka, a drogi to jest towar albo wujek.

Na koniec moja największa zmora. Językowe upiory przychodzą i odchodzą, a ten jeden trwa przy mnie niestrudzenie, obrzydzając mi piękno tego świata w momentach, kiedy najmniej się tego spodziewam. W przeciwieństwie do poprzednich, nie jest dla mnie straszne z powodu natręctwa czy błędnego używania. Jest takie dlatego, że pierwszy raz usłyszałam je w odniesieniu do jakiejś obrzydliwej, burej, pokrytej lepkim śluzem larwy i wstręt, który poczuła wtedy pięcioletnia Iwonka, pozostał we mnie żywy do dziś. Nienawidzę słowa obły.

.

Chyba jestem językową fanatyczką, bo błędy, które mnie drażnią, wyłapuję mimo woli i cierpię z ich powodu niemal fizycznie. Nie uważam się, broń borze zielony, za wybitną znawczynię polszczyzny i jestem świadoma tego, że sama czasem sadzę jednego byka za drugim, nie mam też w jednym palców wszystkich zasad gramatyki. Lubię jednak uczyć się dbać o nasz język. I oczami wyobraźni zamykać w dybach ludzi mówiących wzionść.

.

Zdjęcie:

danna § curious tangles/ flickr.com

 

Wchodzenie do sklepu z puszką piwa w ręku to zły pomysł.

Dziś Światowy Dzień Wody, ale niektórym najwyraźniej coś się pomyliło i przez przymrużone z niewyspania oczy dojrzeli jeszcze kreskę nad ostatnim „o” w nazwie święta. Rano odwiedził mnie kurier, który chyba wracał prosto z nocnej zmiany w gorzelni, a zaraz po nim jegomość z puszką piwa. Przyjechał rowerem. Trochę mnie zatkało na widok tego, jak bezczelnie i bezproblemowo paraduje sobie z piwem w łapie. Może dlatego, że nie wyglądał jakby to było jego pierwsze tego dnia, tylko piąte. Dziś o tym, dlaczego chodzenie na zakupy, będąc przyssanym do puszki niczym niemowlak do cycka, nie jest najlepszym pomysłem.

.

(…) do praczki, kupować pocztowe znaczki.

Zaparkował swój jednoślad na zewnątrz, pogrzebał w zawieszonym na kierownicy koszyczku i otworzył drzwi. Zrobił krok w przód, drugi w tył, kolejny jednak w przód, zatrzymał się na chwilę, po czym jednak wszedł do sklepu. Kosztowało go to trochę wysiłku, bo dopiero jak pociągnął łyka z puszki, odetchnął i się przywitał.

.

– Zieńdobry, szy ma pani części roerowe?

– Dzień dobry. Nie, niestety nie mam.

– A. A torepki roerowe? <sioooorb>

– Nie mamy tutaj żadnych akcesoriów rowerowych, proszę pana

– A, rosumiem. A źwiatełka?

– Tylko latarki.

– ROEROWE?! <radość>

– Nie, zwykłe.

– A. Szyli nie ma pani nic dla roeszystów?

– Przykro mi. W czymś jeszcze mogę pomóc?

– Ji nawet sapięsia nie bęsie pani miała?

– Niestety. To nie jest sklep rowerowy.

– To szo pani tutaj ma?

– Proszę pana, apteczki, akcesoria camingowe, kompasy, noże…

– Nosze! Ja chciałbym sobaszyć te nosze! <siooorb>

(…)

.

Wystraszony sprzedawca.

Zawiany facet chce oglądać noże, cudownie. Wygrzebawszy z szuflady pilocik do wzywania ochrony zaczęłam tłumaczyć mu, że to nie jest najlepszy pomysł. W głowie miałam już wizję, jak samowolnie otwiera gablotkę i macha mi przed oczami 30-centymetrową kosą, odcinając mi nos, a sobie cztery palce, nie przerywając siorbania. Jak spada mu na posadzkę kolekcjonerskie cacko za pół tysiąca, którego ostrze pęka na pół, a później oczami wyobraźni widzę odpowiednio pomniejszoną wypłatę. Jak bierze pierwszy lepszy egzemplarz i próbuje z nim uciec, bo a nuż uda się przehandlować na więcej puszek. Gdy zaczęłam zastanawiać się, czy deklarowany przez firmę ochroniarską czas przyjazdu ma jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość, pacjent niespodziewanie stracił ochotę na zapoznawanie się z ofertą sklepu. Upewnił się jeszcze, szy na pewno nie mam pochrofców na siotełko i wyszedł. Pewnie pojechał do pasmateri pytać o mielone z indyka. Dawno się tak nie wystraszyłam.

,

Niesmak pozostał.

Wsiadł na swojego sfatygowanego składaka i odjechał. Gdy upewniłam się, że na dobre zniknął między blokami, zabrałam się za wietrzenie, bo aromat piwa za 1,99 zł unosił się po całym sklepie z intensywnością, o której twórcy markowych perfum mogą tylko pomarzyć. Kiedy ścierałam z podłogi resztki, które wyciekły w trakcie siorbania, pojawił się nowy klient i nie omieszkał rzucić mi przepełnionego niechęcią spojrzenia. Wyszłam na 25-latkę z problemem alkoholowym, dla której dzień bez browara przed południem jest stracony. Świetnie. Zniesmaczyła mnie cała ta sytuacja i przez pół dnia zastanawiałam się, dlaczego nie ma tygodnia, bym nie trafiła na jakiegoś dziwaka. Z tym już się chyba trzeba urodzić.

.

Zdjęcie:

The Hamster Factor/ flickr.com

Baba z nożami, czyli reakcje klientów sklepu outdoorowego prowadzonego przez kobietę.

.

Kobieta prowadząca sklep z zabawkami dla dużych chłopców musi liczyć się z tym, że nie wszystkim taka sytuacja mieści się w głowie. Wielu klientom ciężko jest otrząsnąć się z szoku i uwierzyć, że taka ja mogę być jedyną osobą, od której będą mogli nabyć swój wymarzony nóż, poradzić się w sprawie wyboru filtra, albo kupić krzesiwo bez konieczności tłumaczenia, że „to takie do pocierania, żeby zrobić ogień”.

.

Heheszek

Każdy zna choć jedna taką osobę. Rzuca dowcipnymi inaczej komentarzami na lewo i prawo niezależnie od tego, czy znajduje się na imieninach cioci Grażyny, czy na stypie wuja Ludwika. Nie bacząc na stopień znajomości stara się rozśmieszyć swoimi dennymi żartami każdego: szwagra, żonę, taksówkarza, panią w cukierni i dentystę, który właśnie rwie mu ósemkę. Bezskutecznie. Gdy taki osobnik przekracza próg sklepu, w którym pracuję, od razu oddalam się od regału z tomahawkami i zajmuję ręce czymś bardziej miękkim i mniej ostrym. Na wszelki wypadek. Heheszek zwykle zaczyna od powitania w stylu A dzieńdoberek, hehe, a później jest już tylko gorzej. W czołówce najgorszych tekstów, jakie usłyszałam od tego typu gości znajdują się:

– To pani musi ostra laska być, jak się takie noże sprzedaje, hehe!

– Przychodzą do pani kibole po maczety? Hehe!

– Nie wiem czy mi pani pomoże, bo ja w takiej MENSKIEJ SPRAWIE, wie pani, hehe.

.House-Not-Funny

.

Beton

Najgorszy i najbardziej nadwyrężający cierpliwość, więc wstawiam go tutaj, aby się dalej nie denerwować i pisać już tylko o tych mniej szkodliwych. Klient-beton jest nieugięty w swoich przekonaniach. Jeśli twierdzi, że kobieta powinna pracować najwyżej w drogerii lub pasmanterii, to tak powinno być i basta. Gdy wchodząc do sklepu zauważy taką jedną, obrzuci ją spojrzeniem pełnym chłodnej pogardy i powie: Dzień dobry, pracuje tu ktoś poza panią? Bo chciałem kupić cośtam. Na nic starania, tłumaczenia i próby udowodnienia, że płacą mi za coś więcej, niż wydawanie reszty. Rozejrzy się taki obojętnie po sklepie, poczyta etykietki  z zapewnieniami producenta i będzie roztaczał wokół aurę ogromnego rozczarowania. Zapytany, czy może jednak mogę mu w czymś pomóc odpowie, że przyjdzie, jak będzie ktoś, kto mu doradzi albo, w łagodniejszej wersji, poczyta sobie w internecie i wróci.wróci.

.25ba8a7429313d45d1653077d25944fabc8497ce5f521c3754d4025741a58b7a

.

Upewniacz

Słyszy, że dzwoni, ale nie wie czyj telefon. Jedzie na urlop do Tajlandii i chce zaopatrzyć się we wszystko, co pozwoli mu tam przeżyć, więc chce kupić wielki nóż, litr repelentów na owady, dwie moskitiery, saperkę, apteczkę i wojskowy plecak. Niby coś czytał na forum dla bushcraftowców, ale nie do końca zna się na tym, czego szuka i nie wierzy, że ktokolwiek inny był w stanie tę tajemną wiedzę posiąść. Zadaje więc dużo pytań, na które cierpliwie odpowiadam, co za każdym razem kwituje znamiennym Mhm… Pani sprawdzi to jeszcze w internecie, dobrze? Upewniacz lubi też konsultować się z innymi klientami, którzy jego okiem znają się na rzeczy. Wiadomo, jest wiele zagadnień, których rozwiązania nie są jednoznaczne i poglądy sprzedawcy koniecznie trzeba skonfrontować z opinią osoby postronnej. A nuż ktoś inny powie nam, że stal nierdzewna jednak rdzewieje, worki do kajaków nie są wodoszczelne, a w Azji nie ma komarów. Zabawnie, gdy pod koniec rozmowy okazuje się, że w tej całej Tajlandii ma mieć all inclusive i kilka wycieczek fakultatywnych.

.634c697ac335689260a337c30578caf8

.

Niedowierzający

Wchodzi do sklepu i własnym oczom nie wierzy, gdy widzi blondynkę z warkoczykiem. Niepewnie dopytuje, czy blondynka jest tu sprzedawcą. Uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, ostrożnie zadaje każde kolejne pytanie, a otrzymanie rzeczowej odpowiedzi mimowolnie kwituje podniesionymi brwiami i coraz bardziej wybałusza oczy. Czasami zdobędzie się na pytanie, czy ona tu aby nie w zastępstwie czy coś. Zdarza się, że nieśmiało zapyta, skąd blondynka to wszystko wie i jak to, że ona w takim sklepie pracuje. Sprawia wrażenie, jakby za cel postawił sobie znalezienie wpisu drobnym druczkiem, który potwierdza, że blondynka nie jest pełnoprawnym, etatowym, jedynym pracownikiem sklepu. TO NIE-DO-UWIERZENIA. Przecież takie męskie zajęcie!

ntj05

.

Tak w skrócie wyglądają te bardziej specyficzne, regularnie pojawiające się typy klientów w sklepie, który prowadzę. Na szczęście ciężkie przypadki trafiają się niezwykle rzadko, dlatego też nie mam specjalnie na co narzekać 🙂

.

Zdjęcie:

Zorin Denu/ flickr

Wóda i święconka.

.

Wstąpiłam dziś na moment do Fresh Marketu i wyszłam oniemiała. Mowy nie odjęła mi jednak promocja kanapek z jajkiem, a wielkanocne wydanie gazetki. Uściślając – jej okładka.

zdjęcie 1

.

Co, do ciężkiej cholery, oznacza hasło Wielkanocne zwyczaje umieszczone nad flaszką wódki i butelką wina?! Ja zdaję sobie sprawę z tego, że jako naród za kołnierz nie wylewamy, ale czy naprawdę nadeszły czasy, w których nobilituje się pijaństwo i wywyższa je do rangi świątecznej tradycji?!  Wiadomo, że wódka i alkohol w ogóle obecne są na polskich stołach przy wielu okazjach, a nierzadko też bez niej. Większość osób lubi strzelić sobie kilka bań zarówno w imieniny, Sylwestra, jaki i Boże Narodzenie, a rodzinne zjazdy jeszcze bardziej sprzyjają rozluźnianiu atmosfery. I nie, u mnie nie jest inaczej ale, borze zielony, nikt nie traktuje sączenia rumu z colą jako świątecznego zwyczaju! Nie mieści mi się w głowie, jak ktoś mógł wpaść na tak debilny pomysł, by najstarsze i najważniejsze chrześcijańskie święto obchodzone na pamiątkę, przypomnijmy, zmartwychwstania Zbawiciela wykorzystywać do promowania alkoholizacji jako nowego, wielkanocnego obyczaju! Jeszcze w tak niestosowny, nieapetyczny sposób. Co dalej? Może zamiast dzielić się jajkiem, będziemy sobie polewać po jednym? Nie chodzę do kościoła, a w religii więcej mi się nie podoba niż podoba, ale paschalna wóda zniesmaczyła mnie jak już nic od dawna nie zniesmaczyło. Gdyby niefortunna była sama pierwsza strona, może jeszcze bym to przełknęła, ale niestety. Cała gazetka to zwyczajny katalog alkoholi, jedynie na końcu znajdziemy coś innego. Niestety antipasi, kabanosy i filety z pstrąga, bardziej niż z koszyczkiem, kojarzą mi się z zagrychą. Owszem, na kilku stronach znajdziemy parowyrazowe opisy prawdziwie tradycyjnych obyczajów, które jednak tylko utwierdzają w przekonaniu, że święta te z alkoholem nie mają wiele wspólnego. Zamiana przez Jezusa wody w wino to chyba zbyt daleko idąca inspiracja.

zdjęcie 4

zdjęcie 5

.

Odsuwając już na bok kwestie religijne, czy ktoś zadał sobie trud i pomyślał, jak taką kampanię mogą odebrać np. dzieci lub przyjezdni zza granicy? Jaki wizerunek naszego społeczeństwa jest w takim przypadku kreowany? I tak większość świata ma nas za alkoholików. I tak dla wielu dzieciaków alkohol jest przykrą codziennością, z którą nic nie mogą zrobić. Trzeba jeszcze dokładać do pieca?

Ciekawi mnie, co za geniusz wpadł na tak nietrafiony pomysł. Większego poronienia nie widziałam od czasu listopadowych reklam rajstop przy zasypanym liśćmi nagrobku i cytacie z Twardowskiego. Takie rzeczy po prostu przekraczają granice dobrego smaku. Swoją drogą, ciekawa jestem co Fresh Market, szykuje dla nas w przyszłym roku. Sugeruję gotowe do poświęcenia koszyczki wyścielone koronkową serwetką, a w środku tradycyjny zestaw: pisanka, czekoladowy zając, chleb i setka wiśniówki. Będzie hit jak nic!

.

Zdjęcie:

Ivan Bandura/ flickr.com

Nadal wierzysz w teorię ewolucji?

evolutio – rozwinięcie, rozwój

rozwój –  proces przechodzenia do stanów lub form bardziej złożonych

lub pod pewnym względem doskonalszych

1.

1447149160_by_Frelka_500bekazmamus.pl

 

2.

vegefacebook.com/internetowiwege

 

3.

tvn24 pltvn24.pl

 

4.

gazetawroclawska plgazetawroclawska.pl

 

5.

onet plonet.pl

 

6.

kobieta onet plkobieta.onet.pl

 

7.

wprost plwprost.pl

 

Krótko żyję na tym świecie, wielu rzeczy jeszcze nie widziałam, niewiele wiem, a jeszcze mniej rozumiem. Może wcześniej tak nie było, a może tylko nie zwracałam na to uwagi, ale po 25 latach obcowania z ludźmi zaczęłam się zastanawiać, czy naukowcy mają rację z tym całym ewolucjonizmem. Coraz częściej widzę, że jedyne, w czym ludzie się doskonalą, to krótkowzroczność, głupota, nienawiść, opryskliwość, ignorancja, egoizm i nieuctwo. Chyba nie o taki rozwój chodziło Darwinowi.

Nie każ mi być tobą!

Jedziesz autobusem. Patrzysz przez okno na witryny mijanych sklepów i drepczących chodnikiem przechodniów. Ktoś trochę za głośno rozmawia przez telefon, ktoś inny czai się przy biletomacie, bo szkoda mu 1,40 zł na pięć minut jazdy. Przejażdżka jak każda inna. Jednak na następnym przystanku do autobusu wpada rozwścieczony koleś w kasku i obcisłych leginsach i zaczyna wrzeszczeć na pasażerów. „Dlaczego trujecie środowisko?! Produkujecie spaliny, mordercy Matki Ziemi!!! Rower! TYLKO ROWER!” Jakbyś zareagował?

Moja racja jest najmojsza.

W piątkowe popołudnie mignął mi na fejsie wpis o parówkowej aferze na fanpejdżu Berlinek (tutaj), więc kliknęłam żeby zobaczyć, o co poszło. Streszczając sprawę: firma ogłosiła konkurs rysunkowy dla dzieciaków, których rodzicie mieli wrzucać rysunki parówek pod odpowiednim postem. Tutaj uśmiechnięte serdelki na wakacjach, tam randka frankfurterek, za chwilę zaś płacząca świnka w klatce i lawina gównokomentarzy…

To wy używacie przemocy w stosunku do zwierząt!

Najwyzsza pora aby bylo o tym glosno!!!….HOLOKAUST MUSI SIE SKONCZYC

Tu się dzieje walka o prawa tych którym głos odebrano. Podpada to pod dyktaturę

To wy przez wasze parówki opłacacie przemoc. My propagujemy wolność i szczęście dla każdej żywej istoty.

W odniesieniu do przytoczonych komentarzy… Zarzucać komuś despotyzm, przemoc, morderstwo z zimną krwią i holocaust? Bezpodstawnie oczerniać? POD KONKURSEM DLA DZIECI?! I to osoby, które propagują wolność i szczęście dla każdej żywej istoty?! Zwracacie uwagę, kto zbierał wasz ryż i kawę? Kto szył wasze koszulki? Skąd wzięły się surowce, z których zrobione są podzespoły w waszych smartfonach? Ogarnijcie się.

Nigdy nie zrozumiem, co kieruje takimi ludźmi i tutaj już wcale nie mam na myśli wegetarian. Ani katolików, ekologów, piekarzy, kabareciarzy, entuzjastów teorii o Reptilianach ani żadnej innej, konkretnej grupy społecznej. Chodzi mi o ludzi, którzy nieproszeni, nawet nie prowokowani, wpierdalają się z buciorami w życie innych. Często obcych.

Czy tacy ludzie naprawdę myślą, że uda się im nawrócić innych komentując posty na facebooku? A może tylko chcą udowodnić swoją urojoną wyższość? Nie potrafię tego zrozumieć, bo ja nie hejtuję ludzi pijących latte mimo, że dolewanie mleka do kawy uważam za jej profanację. Nie stoję pod monopolowym wyrywając ludziom z rąk siatki z wódką. Nie wyzywam od barbarzyńców nikogo, kto nie segreguje śmieci. Nie uważam swoich przekonań za jedyne słuszne i najwłaściwsze dla wszystkich. Są moje i są najlepsze dla mnie. Twoje są dla ciebie.

Zdjęcie: Defence Images/ flickr.com