Jak to jest jeść ze śmietnika?

,

Pięć 60-litrowych worków pełnych chleba, słodkich drożdżówek i innego pieczywa, 6 pudeł nigdy nie odpakowanych bananów, cztery skrzynki innych warzyw i owoców, do tego jeszcze takie smakołyki jak placki tortilli, różnej maści ciasteczka i sałatki z tuńczykiem – po kilka opakowań. Nie, to nie lista zakupów dla szkolnej stołówki. Mniej-więcej tyle jedzenia wyrzuconego przez miejscowy supermarket przywozili dla swoich zwierząt co drugi dzień gospodarze norweskiej farmy, na której pracowałam w ramach Workaway.

Kilka różnych wariantów jogurtów, słoik konfitury, bułeczki, kinderki i inne słodycze wyciągnął mój znajomy z kontenera jakiegoś sklepu gdzieś w Austrii.

Gdy raper Vienio przyznał, że stołuje się w śmietnikach, w sieci zawrzało. Jednak krytykujący go z obrzydzeniem ludzie nie sięgają wzrokiem na tyle daleko, by ujrzeć, że w tym szaleństwie jest metoda. W Polsce co roku 9 milionów ton chleba, mięsa, nabiału, zieleniny, słodyczy i innego jedzenia ląduje w koszach na śmieci. Na całym świecie dzieje się tak z 30% produktów spożywczych. Jedna, pieprzona, trzecia światowej produkcji spożywczej, podczas gdy 2 miliardy ludzi cierpią głód i umierają z niedożywienia. Mam nadzieję, że ten wstęp odwiódł od was na moment cisnące się na myśl komentarze typu „ale to obrzydliwe”, „zachowujecie się jak bezdomni”, czy „rzygać mi się chce, jak o tym myślę” i zafrapował na tyle, że będziecie czytać dalej.

,

.

Skandynawia, czyli „My tam przecież pomrzemy z głodu!”

W wakacje dwa lata temu wraz z moją koleżanką ruszyłyśmy w kilkutygodniową podróż, która zakładała objechanie państw leżących wokół Bałtyku, z największym naciskiem na Finlandię i Norwegię. Wiedząc już wcześniej, że w krainie Wikingów wszystko jest piękne, poza cenami, założyłyśmy, że od czasu do czasu będzie trzeba trochę poszperać za jedzeniem. Nigdy wcześniej żadna z nas nie próbowała freeganić (przyjmuję, że zabranie brokuła z nieczynnego straganu się nie liczy), więc byłyśmy zarówno zaciekawione jak i lekko zaniepokojone naszymi zamiarami. O ile pierwszy raz zajrzałyśmy do kontenera z taką pewną nieśmiałością, to potem szło już raz-dwa i wybierałyśmy najlepsze kąski z gracją Izabeli Łęckiej, a zwinnością szopa pracza.

W tym momencie pędzę z wyjaśnieniem, że freeganizm nie polega na grzebaniu w ulicznych albo podwórkowych śmietnikach, jedzeniu ogryzków z jabłek i suchych piętek chleba. Chodzi raczej o korzystanie z żywności, która została przeznaczona do utylizacji przez sklepy, w których nie została sprzedana. Powody tego niesprzedania mogą być różne, ale najczęściej chodzi o bliski termin ważności lub różnego rodzaju uszkodzenia, które de facto nie rzutują na ich jakość, takie jak naderwane zbiorcze opakowanie jabłek, wgniecenie w kostce masła czy kilka żółtych plamek na bananie. Słyszałam też, że w Biedronce ciężko dostać dojrzałe awokado, bo są wyrzucane zanim jeszcze zmiękną. W większości, zwłaszcza większych, sklepów w Polsce i praktycznie wszystkich na zachodzie i północy Europy wyrzucane jedzenie ląduje w kontenerach przeznaczonych wyłącznie na produkty spożywcze i często jest też spakowane w reklamówki, więc ktokolwiek do tej pory wyobrażał sobie nurkowanie w basenie gnijących odpadów, był w błędzie. Jasna sprawa, że warto mieć ze sobą rękawiczki, a wyłowione fanty należy dokładnie umyć, ale co do tego chyba nie trzeba nikogo specjalnie uświadamiać. Poza żarciem za darmo freeganizm w szerszym znaczeniu odnosi się do stylu życia, w którym korzystamy z kontenerowego jedzenia nie tylko ze względów finansowych, ale też ideologicznych. Szerzą go ludzie mający dość rosnącego w siłę konsumpcjonizmu, świadomi tego, ile wysiłku oraz pieniędzy trzeba włożyć w produkcję żywności i sprzeciwiają się bezcelowemu marnowaniu zasobów.

freeganizm norge

.

 

(rolnik + młynarz + piekarz + dostawca + sprzedawca)

x (praca + hajs)

Ile razy słyszeliście za młodu, że macie skończyć obiad, bo „dzieci w Afryce nie mają co jeść”? Zawsze mnie to irytowało, bo uważałam, że dla nich to bez różnicy, czy ja dokończę swojego kotleta czy nie. Prawdziwy sens tych słów zaczął docierać do mnie dopiero później, gdy proste skojarzenia zaczęła zastępować świadomość bardziej złożonych procesów.

Z jednej strony kotlet został już kupiony i to, co się z nim stanie, już nie jest istotne dla nikogo, bo producent dostał swoją kasę, a ty swoją kasę już wydałeś i fakt, czy zjesz go całego czy tylko połowę nie będzie miał już bezpośredniego wpływu na zawartość niczyjego portfela. Z drugiej jednak strony, może następnym razem kupisz połówkę chleba zamiast całego, małą śmietanę zamiast dużej, cztery kabanoski zamiast dziesięciu i zdążysz zjeść wszystko zanim zacznie pleśnieć, a pieniędzy też wydasz trochę mniej. Konsumencka świadomość, czyli przemyślane i odpowiedzialne zakupy, w czasach klęski urodzaju nie ma się dobrze między innymi dlatego, że jednorazowo generuje mało spektakularne oszczędności. Jednak grosz do grosza i sami wiecie, a nieprzekonanym proponuję podpalić 20 złotych.

Wiele osób myśli też, że mąka = chleb i bezrefleksyjnie wrzuca do koszyka ośmiopak jogurtów z terminem ważności, który upływa za trzy dni. Bo tanio, więc jak się nie zje, to nie będzie szkoda wyrzucić. Niestety mało kto zaprząta sobie głowę tym, że za każdym kubeczkiem danonków stoją ludzie hodujący krowę, pracujący w skupie mleka, w fabryce i sanepidzie, dostawcy, sprzedawcy i sama nawet nie wiem, kto jeszcze. Wszyscy oni ciężko pracują i bynajmniej nie robią tego po to, żeby ktoś ich pracę wywalił na śmietnik. Po drugiej stronie równania do chleba można dodać jeszcze ogromne ilości zużytej energii oraz zanieczyszczenia generowane przez zakłady produkcyjne, samochody dostawcze, magazyny, sklepy… Bystrzy jesteście, więc rozpisywanie ciągu przyczynowo-skutkowego wydaje mi się zbędne.

bank zywnosci

  

Podsumowując, nie chodzi o to, że jak nie dojesz ziemniaczków, to mama będzie smutna, a afrykańskie dzieci głodne. Chodzi o to, żeby okazywać szacunek przyrodzie, ludzkiej pracy oraz własnym pieniądzom i mieć świadomość, jak wielkim szczęściem jest urodzić się we wschodniej Europie zamiast w Etiopii. A na jutrzejszy obiad obrać dwa ziemniaki mniej.

,

Zanurkujesz?

Wyniosłam z domu zasadę, że nie wolno marnować jedzenia i trzymam się jej bardzo mocno, więc tym bardziej boli mnie fakt, że ilość jedzenia lądującego na wysypiskach jest tak ogromna. Gdy przed maturą miałam okazję pracować w pewnej sieciowej burgerowni z dużym, żółtym logo, nie mogłam zrozumieć polityki, według której kanapka ma 5-minutowy termin ważności, a potem leci do kosza, bo nie może jej zjeść ani klient, ani pracownik. Korzystam więc czasami z dobrodziejstw kontenerów, bo ratowanie jedzenia jest fajne i nie tkwię w tym przekonaniu sama. Jadłam robione przez znajomych odpadkowe leczo, śmieciowe tosty i resztkowe sałatki, a moja zeszłoroczna impreza urodzinowa upłynęła pod znakiem morza chipsów z odzysku. We wspomnianej wyżej Norwegii wraz z parą Francuzów zajadaliśmy banany i rozpływające się w ustach maślane bułeczki, zaś w holenderskich śmietnikach można znaleźć piwo, za które w sklepie liczą sobie 5.

.

12143253_10204849695546090_2815066123180878850_nFreeleczo. Wyborne.

12788535_963574843718723_1585845514_o

12789831_963574863718721_252492790_o

zdjęcie(1)Norwegia. Codzienna porcja smakołyków dla zwierząt.

.

Jeśli chcielibyście zagłębić się trochę w temat, proponuję zacząć od filmu Dive!, w którym normalni, sympatyczni ludzie bez nadęcia opowiadają dlaczego to robią i czemu ty tez powinieneś zacząć. Natomiast dla spragnionych wiedzy praktycznej polecam kontenerową encyklopedię, z której można dowiedzieć się gdzie i kiedy najlepiej wyruszyć na łowy. Może i ty zanurkujesz?

httpgrouches doy wikia dot com

 

,

Zdjęcia niepodpisane w tekście:

Triker-Sticks/ flickr.com

grouches.wikia.com

„Jeg savner” znaczy „tęsknię”

Dwa lata temu spędziłam kilka tygodni wakacji podróżując po Norwegii i wpadłam po uszy. Zakochałam się na zabój w onieśmielających swym majestatem fjordach, porośniętych trawą drewnianych domach i słodkim smaku raków z nocnego połowu. Lubię od czasu do czasu zerknąć w zdjęcia, żeby przypomnieć sobie, jak fajnie było budzić się w namiocie rozbitym na zielonej łące albo uciekać w letniej sukience przed rozpętaną w trzy sekundy ulewą. Tym razem mniej do czytania, a więcej do obejrzenia, ale no worries, bo na temat Skandynawii będzie jeszcze kilka wpisów.

Zdjęcia, niestety, robione kalkulatorem, choć najlepszy sprzęt też nie oddałby uroczości fotografowanych miejsc. Polecam zatem pojechać i popaczeć, a potem wrócić i tęsknić.

 

10462932_10202075329548674_7463006169970334443_n

10592936_10202383529133471_1157309792008420035_n

10494789_10202132253051726_3666162347024348375_nSognefjorden. Już wtedy wiedziałam, że będę tęsknić.

10443451_10202445664646820_6361408446708817839_nOkolice Kvinesdal. Niekiepski widok ze szczytu jakiegoś pagórka.

10440969_10202356630741028_2070793280152557917_n

NORGE 2Rozczochrana, tęskniąca ja.

10410541_10202081949674173_2707597822369746309_nWidok na Trondheim.

NORGEIdealne miejsce na lunch, polecam.

NORGE 5Trolltunga. Nawet nie pytajcie, czy się nie bałam.

NORGE 4Guse. Południowa Norwegia pełna jest wrzosowisk.

10615631_10202445659926702_8670155581344754141_nLeśna bestia.

10570330_10202467916523103_5684962462542520919_n

10552422_10202480727643373_348585686791364809_n

10551000_10202383531653534_5232176933754598149_n

10435834_10202445660926727_1349598022983887956_n

10171796_10202075330388695_1239539091950846237_n

1798868_10202352086267419_7078089731157957352_nW tamtym momencie nasilił mi się kompleks braku konika na biegunach w dzieciństwie.

 

603700_10202445659166683_912872975050358657_n

10377380_10202094269182153_344761737774116502_nJ

10557180_10202383520853264_1175550110341556911_n

10435833_10202445659806699_1511842455641981853_nKolejna leśna bestia.

 

10378533_10202445654846575_5050949753115476505_n„Podjadać przed obiadem? Ja? Nigdy!”

 

11274_10202407937983677_5925158736346853116_n

10292150_10202383520533256_9216572885348011811_n

10377380_10202094269182153_344761737774116502_nZielona rzeka.

10329094_10202356633181089_5914707258834484629_n

10553370_10202356640661276_4290035763362261975_n

 

 

Jak spakować plecak na backpackerski wypad?

 

Zadziwiające, jak wiele przedmiotów codziennego użytku okazuje się być zbędnymi, gdy zaczynasz podróżować z plecakiem. Zauważasz, że da się żyć bez suszarki do włosów, a zwinięta bluza z powodzeniem zastępuje poduszkę. Do tego wniosku musiałam jednak dochodzić w bólach (sumienia, portfela i kręgosłupa), bo porady poradami, ale na niczym nie uczę się tak dobrze, jak na własnych potknięciach.

Na początku pakowanie bywa często drogą przez mękę, a im dłuższy wyjazd się szykuje, tym więcej dylematów. Całkiem niepotrzebnie, bo wyposażenie na trzydniową wyprawę od tego na trzymiesięczną różni się tylko ilością spakowanych majtek. Jeśli ty też bezskutecznie próbujesz upchnąć swoje życie w 50-litrowym plecaku i kolejny raz bezsilnym szarpnięciem wysypujesz wszystko na podłogę – zapraszam. Jak grzecznie przeczytasz, to na końcu czeka nagroda.

 

Co zabrać?

Odpowiednia zawartość plecaka to pierwszy z problemów. Na początku należy przeanalizować plan wyjazdu, bo przecież co innego zabierzemy na tydzień leżakowania na hiszpańskich plażach, a co innego na trekking w Gruzji. Ważne, żeby nie wpadać w panikę i nie przesadzić z ilością zabieranego sprzętu, ubrań, czy jedzenia, bo z pewnością nadarzy się okazja, żeby zrobić pranie, a gdy skończą się kanapki „na drogę”, to bez problemu znajdziemy jakiś spożywczak.

Warto prześledzić zeszłoroczne i aktualne prognozy pogody dla miejsca, do którego się wybierasz, by odpowiednio zaplanować garderobę czy wybrać odpowiedni śpiwór, ewentualnie model namiotu, etc. O ile latem w Porto wystarczy parę koszulek i jedna bluza na chłodniejsze wieczory, to w tym samym czasie w Norwegii pogoda może zmieniać się kilka razy w ciągu dnia. Nie raz zdarzyło mi się w pośpiechu ubierać pelerynę przeciwdeszczową na letnią kieckę tylko po to, żeby za chwilę przebierać się w kurtkę i spodnie.

 

Karin_flickr

 

Jeśli połknąłeś podróżniczego bakcyla i wiesz, że nowe hobby nie skończy się na jednym wyjeździe, warto pomyśleć nad minimalizacją wszystkiego, co możliwe. Na rynku jest cała masa różnej maści sprzętów wykonanych ultralekkich materiałów. Można zaopatrzyć się w półkilogramowy śpiwór lub namiot wielkości pudełka po butach. Ja ostatnio jestem zafascynowana mini-grillem, który po złożeniu mieści się w stalowej rurce.

 

Tutaj przykładowa, w miarę uniwersalna lista rzeczy, z którymi na upartego można jechać wszędzie. Polegam na niej przy okazji każdego wyjazdu, modyfikując w zależności od potrzeb.

  • Dwie pary wygodnych (czyt. nie nowych) butów – obydwie całe lub jedne sandały.

  • Bluza/polar + kurtka przeciwwietrzna + czapka + rękawiczki – przydatne nocą nawet w ciepłych krajach.

  • Peleryna przeciwdeszczowa – ZAWSZE! Nie ważne, że wygląda się w niej jak wymięty wielbłąd. Nie ważne, że „tam gdzie jadę o tej porze roku nie pada”. Nie ważne wracasz za trzy dni. ZAWSZE!

  • Przeciwdeszczowy pokrowiec na plecak – niby wystarczy sama peleryna, ale ja z pokrowcem czuję się bezpieczniej, a zajmuje tyle miejsca, co paczka chusteczek.

  • Kilka bawełnianych T-shirtów, spodenki, niekrępujące ruchów długie spodnie, bielizna.

  • Szybkoschnący ręcznik z mikrofibry – trzeba się nim namachać trochę bardziej niż w przypadku zwykłego ręcznika i niestety nie otula ciała mięciutkim dotykiem tysięcy delikatnych włosków bawełny, ale schnie w kilkanaście minut i jest ultra mały. Mnie to przekonuje.

  • Zestaw MacGyvera” czyli igła + nitka, scyzoryk, krzesiwo, latarka, trochę srebrnej taśmy i kawałek sznurka – nigdy nie wiesz, kiedy pękną ci szwy w namiocie, rozwalisz buta lub będziesz musiał rozpalić ognisko pośród leśnej głuszy.

  • Ładowarki, a najlepiej same kable i jedna końcówka z wtyczką.

  • Kosmetyczka, a w niej mydło oraz szampon w listkach (50 listków < pudełko po zapałkach), odżywka do włosów w saszetkach, składana szczoteczka do zębów + malutka pasta, mini-szczoteczka do paznokci (zrobiona z taniej, twardej szczoteczki do zębów), trochę kremu do twarzy w małym słoiczku lub po prostu próbki, balsam z filtrem UV, repelent na owady, mokre chusteczki.

  • Apteczka, a w niej saszetki z wacikami odkażającymi, dwa małe bandaże, jeden większy, jeszcze jeden elastyczny, plaster na rolce, gaziki, balsam łagodzący różnej maści uszkodzenia (polecam Alantan i Bepanthen), gumowe rękawiczki, folia NRC, ibuprofen, węgiel, ew. inne konieczne tabsy i prochy.

  • Mały przewodnik lub sama mapa, koniecznie z miejscem na bazgranie.

  • Mały, składany plecak lub torba na krótkie wypady już na miejscu – w Decathlonie można dostać takie cudo w kilku rożnych kolorach za mniej niż dychę i znowu: plecaczek po złożeniu < pół kostki masła.

  • Dokumenty i ich kserokopie + hajsy, a wszystko porozkładane w różnych miejscach.

  • Śpiwór + karimata – tak naprawdę nigdy nie wiesz, jak skończy się dzień 🙂

  • Bzdety typu długopis, krzyżówki, książka, żarówka na baterie, przyprawnik i kilka większych woreczków strunowych.

 

Jak zabrać?

Gdy podjąłeś decyzję, że wełniany kocyk, Scrabble, trzecia bluza i lokówka jednak zostają w domu, to połowa drogi już za Tobą. Pozostaje „tylko” upchnąć w plecaku to co zostało. Wbrew pozorom nie wystarczy zwyczajnie poukładać rzeczy, bo od sposobu rozłożenia szpargałów zależy komfort noszenia i przyszłość kręgosłupa. Właściwie spakowany bez problemu pomieści niezbędny ekwipunek i nie będzie uciążliwy po zarzuceniu na plecy.

Przede wszystkim oszczędzaj miejsce. Zwijaj, kompresuj i ściskaj wszystko co się da, starając się wykorzystać każdy wolny zakamarek. Co do optymalnego rozłożenia wagi, ogólna zasada mówi, że najcięższe przedmioty muszą znaleźć się jak najbliżej pleców, w miejscu pomiędzy łopatkami. Dla wycieczek po płaskim terenie czy chodzenia po mieście powinniśmy ulokować ciężkie rzeczy możliwie jak najwyżej. Pozwala to przenieść większość ciężaru na biodra, czyli miejsce, które dobrze znosi obciążenie przy dźwiganiu. W przypadku trekkingu i wchodzenia pod górę dobrze jest nieco obniżyć ich położenie, bo ułatwia to zachowanie równowagi. Na dnie plecaka powinny znaleźć się rzeczy duże i lekkie, czyli śpiwór i odzież, a w środkowej części należy ułożyć przedmioty o średniej wadze i stosunkowo rzadko używane, czyli np. menażkę + palnik, książkę, prowiant. Górna klapa i boczne kieszenie są zaś miejscem na rzeczy, z których korzystamy często oraz takie, które powinny być łatwe do wyciągnięcia. Wiadomo: apteczka, chusteczki, telefon, scyzoryk, peleryna przeciwdeszczowa itp. Karimatę czy kijki do trekkingu można przytroczyć na zewnątrz, bo ich niewielka waga nie zaburzy środka ciężkości.

Jeśli po pięciokrotnym przepakowaniu, zwinięciu, złożeniu i skompresowaniu wszystkiego, co się dało, nadal brakuje ci miejsca, musisz usiąść i na chłodno przemyśleć sprawę. Jeśli są rzeczy z kategorii „bo może się przyda” i nie jest to apteczka, to polecam je zostawić. Minimalizm jest trudny, ale gdy się go nauczysz, daje wiele satysfakcji.

 

Jak to unieść?

Odpowiednio wyregulowany plecak jest niemalże gwarancją wygody i braku dyskopatii. Nie jest to trudne i zajmuje tylko kilka chwil, ale by wszystko poszło sprawnie przyda ci się pomoc drugiej osoby.

Na początku musisz poluzować wszystkie pasy nośne i założyć plecak. Trzymając za dno ustaw go w takiej pozycji, by przylegał do pleców, a pas biodrowy opierał się na górnych częściach kości biodrowych. Zwróć uwagę, aby plecak nie odstawał ani nie znajdował się za nisko! Gdy znajdziesz odpowiednie ułożenie, poproś swojego pomocnika o zaciśnięcie pasów barkowych oraz biodrowego tak, by utrzymały Twój bagaż w tej samej pozycji kiedy już przestaniesz go podtrzymywać rękami. Pas piersiowy pomaga stabilizować pasy barkowe i chroni przed ześlizgnięciem się plecaka z pleców – zaciśnij go tak, by był lekko napięty, ale nie uwierał.

 

Cheaty do życia.

Ogólnie rzecz biorąc, to już mógłbyś jechać, ale jestem dobrym człowiekiem i podzielę się czymś ekstra. Poniżej lista kodów ułatwiających życie na plecaku, a jeszcze niżej mały bonus do pobrania, zatem bierzcie i drukujcie.

  • Zanim cokolwiek spakujesz, obejrzyj plecak dokładnie i upewnij się, że nic się tam nie pruje i że zamki się nie rozłażą.

  • Plecak należy wyregulować dopiero wtedy, gdy jest już odpowiednio spakowany – nigdy na pusto.

  • Waga bagażu nie powinna przekraczać 30% wagi ciała nosiciela, a najlepiej, jeśli mieści się w granicach 20%.

  • Wszystkie rzeczy odkładaj na swoje miejsce. Brzmi banalnie, ale w praktyce bywa problematyczne, choć potrafi uratować tyłek.

  • Nie zakładaj plecaka z poziomu podłogi na wyprostowanych nogach. Lepiej unieś go za uchwyt przy klapie i zarzuć na plecy trzymając za pasy barkowe, a jeśli jest ciężki – najpierw wesprzyj go na udzie albo załóż z poziomu łóżka, krzesła, stołu, czegokolwiek.

  • Ograniczaj do minimum ilość rzeczy przytroczonych na zewnątrz. Nie widzę żadnych plusów wieszania na plecaku butów, kubka, akordeonu i lampek choinkowych – zaburza środek ciężkości, dynda, hałasuje i zaczepia się o wszystko, co mijasz. I jeszcze +100 do wyglądu jucznego muła.

  • Wykorzystuj każdą ilość miejsca. Powpychaj coś do butów, do menażki wsadź kartusz, palnik, ściereczkę, krzesiwo i przyprawnik, do śpiwora wepchnij jeszcze bluzę.

  • Polecam trzy fajne sposoby pakowania ubrań: zwijanie i rolowanie (można spiąć gumką), upychanie w workach kompresyjnych (trochę czasochłonne, ale bardzo efektywne) oraz kapsułkowanie (majtki ściśle owijamy koszulką i na tak powstały rulonik zakładamy skarpetki, tworząc osobny zestaw na każdy dzień).

  • Warto wymienić kilka rzeczy na ich mniejsze i lżejsze odpowiedniki: spork zamiast trzech sztućców, ołówki zamiast śledzi do namiotu, składany silikonowy kubek zamiast plastikowego, mały śpiwór + wkładka docieplająca lub folia NRC zamiast grubego, zajmującego pół plecaka.

 

Wygląda na to, że dobrnęliśmy razem do końca pakowania, więc życzę szerokiej drogi. Zaglądajcie częściej, bo będę wrzucać tutaj więcej podróżniczych life chacków, a to zawsze idzie lepiej ze świadomością, że się one komuś przydają. Koniecznie dajcie znać, jeśli sami macie jakieś sprawdzone pro tipy. Poniżej jest jeszcze dla Was obiecana, super fajna, ładna i przejrzysta lista ułatwiająca pakowanie, przygotowana w formacie A5. Polecam.

 

ŚCIAGNIJ LISTE

 

 

Zdjęcia:

Karin na flickr.com

sarowen na flickr.com