Nie cierpię pseudo zimy!

Nie cierpię pseudo zimy!

Latem, wybierając się na zakupy, ubieram trampki, jedną ręką przekręcam klucz w zamku, a drugą wpycham do uszu słuchawki, po czym zbiegam na dół w radosnych podskokach niczym tęczowa sprężynka z odpustu. Często tylko po to, by za 10 minut wrócić z na wpół roztopionym karmelowym rożkiem, bo tylko tyle jest mi w danej chwili potrzebne do szczęścia.

Jesienią trampki zamieniam na kalosze, a zimą jeszcze dodatkowo opatulam się szalikiem. A co zrobić, gdy jedna pora roku miesza się z drugą, wiatr z deszczem, a deszcz ze śniegiem i łzami bezradności? Nie będę Wam mydlić oczu – najlepiej przejść w stan larwalny i nigdzie nie wychodzić.

Wybierając się na zakupy w czasie takiej jak teraz pseudo zimy, wylęgam się najpierw z pieczołowicie uszczelnionego, przeciwprzeziębieniowego koco-kokona. To oznacza, że zaszła nagła, kryzysowa sytuacja i mimo szczerej niechęci zmuszam się do wyjścia. Ubieram kalosze, kurtkę i czapkę, jedną ręką przekręcam klucz w zamku i orientuję się, że nie założyłam dodatkowej pary skarpetek. Wchodzę z powrotem do przedpokoju, schylam się, by ściągnąć buty, a czapka postanawia zsunąć się z głowy. Znajduję jakieś onuco-podobne akcesorium, naciągam na stopy, wpycham je raz jeszcze w nieszczęsne gumiaki i wychodzę. Po sekundzie otwieram drzwi, wkraczam jedną noga do przedpokoju, podnoszę z podłogi czapkę i wychodzę. Jedną ręką przekręcam klucz w zamku, a drugą wpycham do uszu słuchawki, a czapka postanawia zsunąć się z głowy, ale łapię ją w ostatniej chwili. Zbiegam na dół na tyle szybko, aby nie spocić się od grzejących pełna parą kaloryferów, jednak na tyle powoli, by nie zasapać się od samego faktu biegania po schodach z czwartego piętra. Wychodząc z klatki, niczym pięść osiedlowego dresiarza, uderza mnie zimny, ciężki podmuch wiatru z dodatkiem liści i wirusów wykichanych przez połowę zakatarzonej populacji miasta. W tej chwili dociera do mnie, że zapomniałam rękawiczek, ale bardziej niż wychodzić na zewnątrz nie chce mi się wlec z powrotem na górę. Jeszcze znowu mi czapka spadnie i już nigdy nie wyjdę. A muszę. Wciskając więc nos w szalik, a dłonie w kieszenie, prę pod wiatr mijając parapety pełnie zmarzniętych gołębi i porywanego właśnie przez śnieżne tornado pana Edka spod piątki.

– Dzień dobry, ledwo co do pani dotarłam, smark…

– A dzień dobry, dzień dobry. Tak, tak, dawniej to była albo jesień, albo zima. A teraz?! – błyskawicznie podjęła temat pani Grażyna, odrywając się dla mnie od dwustu panoramicznych

– Taak… smark…Wczoraj z parasolem, a dziś przydałoby się futro – odpowiedziałam, a przed oczami stanęli mi bohaterowie Spies like us odziani w obiekt mego cozimowego pożądania jakim jest gruby, puchaty kożuch – Proszę mi dać dwie duże – A—DZIIIIIIIIK! – cytryny, przepraszam, smark

– Skończyły się.

– …

Załamana, nie widząc sensu dalszej egzystencji w tych ponurych okolicznościach pozbawionych uzdrawiającej herbatki z cytrynką, dowlokłam się  z powrotem do mieszkania, czując się jak leżące w mojej zamrażarce zwłoki wiejskiego kurczaka. Skostniałą, drżącą dłonią wyciągnęłam z kieszeni klucze i bezskutecznie starałam się trafić jednym z nich w zamek, co zobaczył wychodzący właśnie z mieszkania obok sąsiad. Obdarowana zdegustowanym spojrzeniem, które mówiło mniej-więcej tyle, co “Taka bania o tej porze?!”, wślizgnęłam się do przedpokoju, który niespodziewanie natychmiast otulił mnie pachnącą miłością chmurką ciepła. I już myślałam, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze moje życie odzyska sens, że przecież pseudo zima szybko minie, kiedy to ściągnęłam czapkę i zobaczyłam w lustrze swoje włosy. Jednak pora umierać.

Zdjęcie pochodzi z unsplash.com